Październikowe denka

A raczej deneczka ;) 
Moje zużycia w tym miesiącu są dosyć skromne, zastanawiałam się nad sensem publikacji takiego mikrusa, ale od początku istnienia bloga denkowe posty pojawiają się regularnie raz w miesiącu, więc niech tradycji stanie się zadość. 


Próbki robią sztuczny tłum :D 



1. Wella Wellaflex - Lakier do włosów zwiększający objętość

Szczerze mówiąc to mój pierwszy lakier do włosów w życiu, więc nie mam porównania. Niedawno fryzjer namówił mnie na lekką grzywkę na bok, a że moje włosy są miękkie i delikatne, lakier stał się niezbędny żeby samodzielnie ją jakoś ogarnąć. Na Wellę padło zupełnie przypadkowo, po prostu była w promocji.
Lakier lekko utrwala, nie skleja, ani nie tworzy na głowie skorupy. Niestety nie zauważyłam zwiększenia objętości, wręcz przeciwnie - mam wrażenie, że lekko obciążał włosy.

Może macie jakieś doświadczenie w tym temacie i mogłybyście polecić mi dobry lakier lekko utrwalający ?

Tej wersji już pewnie nie kupię, będę testowała inne marki.


2. Dove Summer Glow - Brązujący balsam do ciała

Mój absolutny faworyt w swojej kategorii. Towarzyszył mi przez całe lato, pięknie przedłużał opaleniznę, lekko ją wzmacniając. 
Balsam nie robi smug, łatwo się nakłada, na nieopalonej skórze nadaje lekki, naturalnie wyglądający (nie pomarańczowy) kolor. Efekt można stopniować, po 1-2 aplikacjach skóra wygląda na muśniętą słońcem i to mi bardzo odpowiada. Równomiernie schodzi, nie brudzi nadmiernie ubrań, czy pościeli.
Jedyny minus to fakt, że przesusza skórę, ale i na to znalazłam sposób. Po kąpieli smarowałam się balsamem nawilżającym, a po ok. 30 minutach nakładałam Dove Summer Glow i było miodzio.

Z pewnością kupię ponownie.


3. Cztery Pory Roku - Glicerynowy krem do rąk o zapachu Wiśni Japońskiej

Działanie nie wyróżnia się niczym szczególnym. Sprawdzi się przy mało wymagających dłoniach. Lekko, krótkotrwale nawilża i w zasadzie nie robi nic więcej. Ale ten zapach pokochałam ! Świeży, soczysty, powodujący wzmożoną pracę ślinianek wiśniowo-kwiatowy aromat. Dla mnie cudo.

Jeśli zdecyduję się na ponowny zakup, to tylko ze względu na zapach.


4. Luksja Pro Care- Żel pod prysznic z olejem z pestek dyni

Przyjemny i niedrogi żel. Kremowa, całkiem gęsta konsystencja, dobrze się pieni, nie wysusza, nie podrażnia. W dodatku bardzo miły dla nosa, delikatny zapach.

Chętnie kupię ponownie.


5. Balea - Peeling Enzymatyczny

Zupełnie się u mnie nie sprawdził. Przede wszystkim lekko podrażniał mi skórę, każdorazowo po użyciu cała twarz była zaczerwieniona, a obszary z rozszerzonymi naczynkami zaognione. W dodatku zero uczucia oczyszczenia skóry, peeling pozostawiał nieprzyjemny tłustawy film, który oblepiał twarz, a to już dla mnie całkowite nieporozumienie. Na szczęście mnie po nim nie wysypało.

Nie kupię ponownie.


7. Batiste - Suchy szampon

Długo nie mogłam przekonać się do suchych szamponów, wydawały mi się zbędnym gadżetem. Jakiś czas temu podczas wizyty w Marrionaud skusiłam się na dwie mini wersje: Cherry i Tropical. Cherry wzięłam w obroty w pierwszej kolejności i muszę przyznać, że się z nim polubiłam. Co prawda zapach nie do końca mi podchodzi, ale działanie jak najbardziej. Dobrze odświeża fryzurę, unosi włosy u nasady, znika nawet uporczywe swędzenie głowy, które pojawia się u mnie, gdy włosy nie są pierwszej świeżości ;) Generalnie myję głowę codziennie, ale w wolne dni mogę sobie teraz odpuścić, wystarczy potraktować fryz suchym szamponem i można pokazać się ludziom.

Kupię duże opakowanie, jednak o innym zapachu.


8. Ingrid Cosmetics - Baza pod cienie

Pisałam o niej tutaj. Miałam ją bardzo długo, a i tak nie wykończyłam do zera. Swobodnie używałabym jej dalej, niestety z miesiąca na miesiąc robiła się coraz bardziej sucha, aż skamieniała na tyle, że nie dała się już rozsmarować na powiece.
Bardzo dobra baza, za rozsądne pieniądze. Ładnie trzyma cienie, nic nie zbiera się w załamaniu, powieka się nie przetłuszcza nawet w upalne dni. Nie do końca odpowiada mi forma słoiczka, przy dłuższych paznokciach zaczyna pojawiać się problem z wydobywaniem zawartości.

Nie wiem czy do niej wrócę, teraz testuję bazę Lumene.


Na koniec próbki.

 John Masters Organics Żel stylizujący - shit jakich mało, albo ja nie umiałam się nim obsłużyć ;) Nałożony na wilgotne włosy (w małej ilości) zrobił z nich jednego wielkiego dreda, którego uratowało tylko powtórne mycie.

L`Occitane Krem do ciała z masłem Shea - ach, co to był za krem... Doskonale nawilżał, zmiękczał i wygładzał skórę.

L`Occitane Nawilżający krem do twarzy - Bardzo treściwy, mocno nawilżający i odżywczy. Wystarczył co prawda tylko na 2 użycia, ale wydaje mi się, że dla mnie na dłuższą metę mógłby być zbyt ciężki.

L`Occitane Fabulous Serum - w przeciwieństwie do kremu, lekka i nieobciążająca konsystencja, szybkie wchałanianie i przyjemnie nawilżona skóra. Byłabym skłonna zastanowić się nad zakupem pełnej wersji.

Ziaja Sopot Krem opalizujący - nie zauważyłam ani efektu opalizującego, ani żadnego innego. Przeciętny krem o przeciętnym działaniu. W dodatku sugerowany jest dla cery tłustej, a wchłanianie pozostawia wiele do życzenia.

Jak tam Wasze październikowe zużycia ? 

Październikowe nowości w mojej kosmetyczce


Dawno nie pokazywałam Wam swoich kosmetycznych nabytków. Przez ostatnie miesiące kupowałam raczej niewiele, skupiałam się bardziej na stopniowym zużywaniu zachomikowanych zapasów.

Część zużyłam, troszkę poszło na wymianę, na półkach zdecydowanie się rozluźniło, mogłam więc pozwolić sobie na małe co nieco.


1. Lefrosh  - Krem Pilarix

To moja druga tubka tego produktu. Świetnie nawilża, mocno regeneruje, wygładza. Jest bardzo uniwersalny - sprawdza się zarówno do twarzy jak i do ciała, stóp, łokci, kolan etc., czyli wszędzie tam, gdzie doskwiera nam nadmierna suchość skóry.

2. Receptury Babuszki Agafii - Organiczny krem do twarzy na noc "Zatrzymanie młodości"

Mój aktualny krem jest na wykończeniu, tym razem postawiłam na Babuszkę - zobaczymy jak się spiszą jej magiczne receptury ;)

3. Ziaja - Matujący krem do twarzy z filtrem SPF 50

Potrzebowałam wysokiego filtra, gdyż zaczęłam się kwasić. Co prawda kremy Ziaji od jakiegoś czasu zupełnie nie służą mojej cerze, ale ten produkt zbiera naprawdę dobre noty w sieci, więc dam mu szansę.

4. Ziaja - Żel myjący do twarzy

Był dołączony jako gratis do filtra - dla mojej cery będzie raczej za mocny, pewnie pójdzie na wymianę.


Biochemii Urody nabyłam tym razem Tonik mleczny AHA 8% - przy mojej naczynkowej cerze z kwasami muszę niezwykle uważać. Kwas mleczny jest nisko drażniący, stężenie w toniku nie jest wysokie, pH ok. 4.0, więc nie powinno dziać się nic złego. Jestem po 3 użyciach - brak łuszczenia, wyskoczyło mi kilka większych intruzów, testuję dalej.

Drugim produktem jest mój ulubieniec, czyli Peeling Enzymatyczny. Zmieniono mu skład zastępując mleko w proszku mączką ryżową. Nie wiem czy to była dobra zmiana. Co prawda zapach uległ poprawie, ale mączka ryżowa, nawet po rozrobieniu z wodą, posiada drobniutkie ziarenka, która drapią. Peeling z mlekiem był delikatniejszy.


W pielęgnacji włosów niewiele, ale konkretnie. Wytoczyłam wojnę moim wypadającym włosom, pomóc mają mi w tym Olejek Sesa i Tonik przeciw wypadaniu od Babuszki Agafii.

Na próbę wzięłam też ziołową farbę do włosów Herbatint, czytałam o niej bardzo chwalebne recenzje.

Kusiło mnie znacznie więcej dobroci, znalazłam cudownie zaopatrzoną zielarnię, która nie dość, że ma bardzo przyjemny sklep on-line, to jest z mojego miasta i dostarcza produkty do domu - żyć nie umierać :))


Z lakierowych nowości króluje Wibo, 3 z 4 tych lakierów pokazywałam już na blogu (tu,tu i tu). Czwarty pokażę w najbliższych dniach. 

Lakier Essence kupiłam pod wpływem emocji :P 
Pewnego razu chodzę sobie po lokalnej drogerii (Wispol) i co ja pacze ? Szafa Essence ! Zresztą żeby tylko, pacze dalej - a tam dwie szafy Lumene ! Wzięłam więc jeszcze bazę pod cienie, która jest szeroko zachwalana w blogerskim i youtubowym światku.


Powyższe cuda trafiły do mnie w ramach kolejnej edycji Hexx Boxa. Miałam otrzymać tylko rozświetlający krem pod oczy Vitamin C z Lumene, ale Iguszka (sponsor produktu do testów) zaszalała i w paczuszce znalazłam jeszcze tusz do rzęs Grashka oraz śliczną, lakierowaną kosmetyczkę.



Jakiś czas temu napisała do mnie bardzo miła Pani Urszula reprezentująca sklep Hairstore, która pod jedną z notek Beauty Station, wyczytała moje żale odnośnie niesforności włosów mych. 
Zaproponowała mi wypróbowanie czegoś z ich oferty, co mogłoby pomóc poradzić sobie z tym problemem. Ze strony sklepu otrzymałam fachową poradę i z poleconych przez ich Specjalistkę produktów, wybrałam jeden - Lekki spray nadający strukturę Goldwell Style Sign Natural Structure Me.

Drugi produkt otrzymałam za pośrednictwem portalu Uroda i Zdrowie. Złuszczające skarpetki do stóp firmy Cosmabell. Na takie skarpetki miałam już chęć dawno temu, ciekawa jestem jak się spiszą.


Mam nadzieję, że jakoś dobrnęłyście do końca ;)


Znacie któryś z tych produktów ? 
A może chciałybyście poczytać o czymś w pierwszej kolejności ?

Wibo WOW Glamour Sand nr 4 - Multikolorowy zawrót głowy

Piaskowego pokazu ciąg dalszy ;)

Nr 4 Wibo WOW Glamour Sand to czarna baza z wielokolorowym brokatem. Wygląda trochę jak połączenie nr 1 i 3. 
Można dojrzeć tu zarówno burgundowo - różowe jak i turkusowe drobinki.


Kolor przepięknie wygląda na paznokciach, drobinki są mocno skoncentrowane, nie znikają na tle czarnej bazy, a całość tworzy świetny efekt. Jednocześnie miałam z nim największe problemy podczas fotografowania, mam wrażenie że sporo przy tym stracił.

Sam lakier sprawuje się niemal identycznie jak odcień nr 3 - więc po wszelkie szczegóły odsyłam Was do poprzedniego wpisu.

Dodam kilka słów o trwałości, przez ostatni tydzień poczyniłam troszkę obserwacji. Spodziewałam się, że brokatowy piasek będzie trwały niczym stal, tymczasem okazuje się, że z tą trwałością wcale nie jest tak rewelacyjnie. Bardzo szybko wycierają się końcówki, a po 2-3 dniach zaczynają pojawiać się odpryski. Lakier średnio znosi też długotrwały kontakt z wodą, ale nie można mieć wszystkiego ;)


W komentarzach pod jednym z ostatnich wpisów, Hex podsunęła mi pomysł, aby spróbować potraktować lakier bezbarwnym topem. W ramach eksperymentu pomalowałam nim palec serdeczny.

Efekty możecie ocenić same :)









Top sprawił, że baza z grafitowej zmieniła się w intensywnie czarną, a drobinki ożyły. 
Mimo wszystko, bardziej przemawia do mnie jednak wersja matowa :)

Duet do zadań specjalnych - Alverde seria z Amarantusem


Gdy jakiś czas temu zapytałam Was o warte uwagi kosmetyki Alverde, wśród typów bardzo często pojawiała się seria do włosów wymagających z Amarantusem. Zapisałam na listę, a podczas zakupów w drogerii DM ten duecik trafił do koszyka w pierwszej kolejności.

To był mój debiut z produktami tej firmy i od razu trafiłam w 10 ! Już po kilku użyciach utwierdziłam się w przekonaniu, że to był dobry wybór :) 


                                                      Od producenta:                                                 

Szampon i Odżywka Alverde zapewniają suchym włosom niezbędną porcję pielęgnacji. Formuła z koenzymem Q10, kwas hialuronowy oraz ceramidy pielęgnują, wzmacniają i naprawiają włosy.

Amarant z kontrolowanej ekologicznej uprawy chroni przed szkodliwym wpływem środowiska. Pomaga w rozczesywaniu, wzmacnia włosy i nadaje im połysk. 

                                                              Skład:                                                         


                                                        Moja opinia:                                                     

Opakowanie: Oba produkty zamknięte są w bliźniaczych, 200 ml buteleczkach zamykanych na pstryczek, który działa leciutko i sprawnie. Nie trzeba więc martwić się o uszkodzenie paznokci - te z Was, które usilnie starają się zapuścić ładne i w miarę długie pazurki, wiedzą o czym mowa :P 
Matowy plastik sprzyja użytkowaniu pod prysznicem, butelka chwycona mokrą dłonią nie wyślizguje się i nie ucieka. Mimo nieprzezroczystości, łatwo na bieżąco oceniać zużycie, wystarczy mocniejsze źródło światła.

Konsystencja: Szampon jest dosyć rzadki, ale nie na tyle, by przelewać się przez palce. Przypomina taki rozrzedzony żel. Łatwo wydobyć go z opakowania, nawet przy wykańczaniu resztek. 


Odżywka zaś, to zupełne przeciwieństwo szamponu. Kremowa, bardzo gęsta i treściwa, nie ma szans aby sama wylała się z butelki. Łatwo możemy dozować ilość i użyć dokładnie tyle, ile potrzebujemy.
Ładnie rozprowadza się na włosach, nie tworzy kluch ani nie spływa.


Zapach: dla mnie bardzo lekki, troszkę ziołowy - być może to zapach tytułowego Amarantusa, polubiłam się z nim. Podczas mycia przyjemnie odświeża, a po wysuszeniu jest praktycznie niewyczuwalny.

Działanie: Szampon pozbawiony jest SLS i SLES. Zamiast tego substancją myjącą jest tutaj Sodium Coco-Sulfate, który jest niewiele łagodniejszy od SLS, także pod tym względem nie ma się czym zachwycać. Nie stosowałabym go do codziennego mycia, u mnie świetnie sprawdzał się 1-2 razy w tygodniu.
 Dosyć wysoko w składzie znajdziemy, rzecz jasna, ekstrakt z Amarantusa, troszkę dalej sporo protein - moje włosy niezbyt dobrze tolerują ich nadmiar, dlatego staram się nie nadużywać produktów z ich zawartością. 
Co do działania - ładnie się pieni, daje uczucie dobrze oczyszczonej skóry głowy. Nie plącze włosów, a nawet lekko je wygładza. Być może przy długich włosach nie byłoby już tak pięknie, ale przy krótkich sprawdza się rewelacyjnie. 


Odżywka stanowi idealne uzupełnienie szamponu, moje wysokoporowate, puszące się włosy dosłownie ją piją. Regularna koloryzacja sprawia, że często zmagam się z lekkim przesuszem, a ona rewelacyjnie sobie z tym radzi. Podczas spłukiwania są cudownie śliskie, gładkie, lekko się rozczesują, a po wysuszeniu ładnie błyszczą. 
Gęsta i treściwa formuła może troszkę obciążać, zwłaszcza włosy skłonne do nadmiernego przetłuszczania, dlatego najlepiej nakładać ją tylko na długość. Wówczas u nasady będą lekko uniesione, a na długości wygładzone, miękkie i sypkie. Przez długi czas stosowałam ją zamiennie z moją ulubioną odżywką Garnier z Awokado i Karite, taki układ sprawdzał się genialnie. 
Minusy ? Nie zaobserwowałam.

Dostępność: Allegro, drogerie intrenetowe, DM

Cena: zapłaciłam 2,25 € za szampon i 2,55  za odżywkę

Moja ocena duetu: 4,5/5

Jeśli miałabym polecać, to skupiłabym się bardziej na odżywce. Szampon jest dobry w swojej kategorii, ale w moim odczuciu, nie ma w nim nic nadzwyczajnego. Oba produkty ładnie ze sobą współgrają, ale to odżywka skradła moje serce i z pewnością będę do niej wracać.


Znacie tą serię Alverde ? 

Jeśli nie, to warto ją poznać i gorąco Was do tego zachęcam:)

Wibo WOW Sand Effect nr 2 - Subtelny Brąz

Był już jeden z pięknych brokatów serii WOW Glamour Sand, czas na coś odrobinę spokojniejszego.

Lakiery WOW Sand Effect to klasyczne, matowe piaski. 
Dostępne są w 4 kolorkach: czerwień, kobalt, koral i brąz. 

Lubuję się w brązach na paznokciach, szczególnie jesienią i zimą. Stanowią idealny dodatek do codziennych stylizacji. Wybór więc był prosty, zdecydowałam się na najbardziej stonowany odcień, czyli brąz, który opatrzony jest numerkiem 2. 
Udało mi się capnąć ostatnią sztukę.


Nr 2 WOW Sand Effect to bardzo subtelny brąz, który odcieniem przypomina mocniejszą kawę, lub jak kto woli, mleczną czekoladę.

 Troszkę obawiałam się jak ten odcień będzie współgrał z piaskowym wykończeniem - efekt bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Jest cudnie. Coś czuję, że w tym sezonie będzie towarzyszył mi wielokrotnie.

Konsystencja jest bardzo zbliżona do lakierów WOW Glamour Sand, może odrobinkę rzadsza, jednak w dalszym ciągu nie na tyle, aby spływać na skórki i rozlewać się na boki.
Do optymalnego krycia potrzeba 2 warstw. Przy pierwszej warstwie krycie jest słabe, a piaseczek po wyschnięciu nabiera białego koloru, dopiero 2 warstwa ładnie wyrównuje koloryt i kryje wszelkie prześwity.

Warto pamiętać, że matowe lakiery piaskowe, zaraz po nałożeniu są mało piaskowe, dopiero w trakcie schnięcia, ich struktura ujawnia się w pełni. Pod spód nie należy też kłaść żadnych baz - wówczas efekt będzie taki, jak powinien :)

Lakier bardzo szybko schnie, około 5-10 minut po położeniu drugiej warstwy, z powodzeniem można zabrać się za coś innego, bez obawy o stan świeżych paznokci.

Tak prezentuje się brązik w całej okazałości:







Co Wy na to ?  Jesteście na tak, czy na nie ? 

Wibo WOW Glamour Sand nr 3 - Czarujący Burgund


Jako pierwszy w kolejce do pokazania był bezdrobinkowy brąz, który gościł na moich paznokciach cały wczorajszy dzień, wieczorem jednak nie wytrzymałam i wypróbowałam 
pierwszy z brokatowych piasków - nr 3. 

Efekt jest naprawdę WOW ! Ja - ta, która nie lubi brokatów, siedzę i się zachwycam :D

Muszę Wam go od razu pokazać, a brąz będzie w weekend.

Co prawda lakier nie jest łatwy do fotografowania, ciężko uchwycić tą wielowymiarowość i intensywność koloru, ale myślę, że udało mi się oddać jego klimat.


Nr 3 pełen jest bordowych, fioletowych i złotych drobinek osadzonych w czarnej bazie. Oczywiście wszystko zależy od oświetlenia, w pełnym słońcu kolor ukazuje całe swoje piękno. 

Paznokcie mienią się kilkoma odcieniami: fiolet, burgund, złoto, troszkę różu - całość wgląda bardzo efektownie. 

Szczerze mówiąc nie przepadam za brokatowymi lakierami, ale w tym przypadku czarna baza nadaje mu szczypty elegancji i klasy. 

W cieniu paznokcie stają się niemal czarne i tylko gdzieniegdzie połyskują złotawo-bordowe drobinki.


Lakier nie sprawia żadnych problemów. 
Ma świetną, niezbyt gęstą konsystencję, łatwo się nakłada, nie spływa na skórki ani nie ciągnie się za pędzelkiem. 

Na uwagę zasługuje też buteleczka. Podoba mi się to minimalistyczne wzornictwo, a złote litery ładnie komponują się z migotliwą zawartością. Już samo patrzenie na nie sprawia przyjemność.

Lakier dosyć dobrze kryje już po pierwszej warstwie, uzyskamy wtedy efekt drobinek na lekko bordowej bazie, druga warstwa pozwala uzyskać na paznokciach niemal 100% odzwierciedlenie zawartości buteleczki
Brokat nie niknie w piaskowej strukturze, jest bardzo dobrze widoczny. 

Na temat trwałości wypowiadać się nie będę (z wiadomych powodów :P), jednak wydaje mi się, że będzie dobra. Piasek+brokat powinny tworzyć połączenie niemal nie do zdarcia. Z czasem uzupełnię tą informację.

Koniec gadania, czas przejść do oglądania :D









Proszę o wybaczenie za skórki, które ostatnio nie są w szczytowej formie. Muszę coś z nimi zrobić, miejscami są mocno przesuszone.

I jak Wam się podoba ten czarujący burgund ?

Piaskowe zauroczenie - Wibo WOW Glamour Sand + Sand Effect


Moda na piaski trwa w najlepsze, wraz z początkiem października do sprzedaży trafiła najnowsza piaskowa linia marki Wibo
W jej skład wchodzą 3 kolekcje:

WOW Sand Effect - matowe lakiery o piaskowej fakturze, 
WOW Glamour Sand - brokatowe lakiey o piaskowej fakturze, 
- WOW Effect Matte Glitter - matowe topy z płatkami brokatu, 

Poszłam, zobaczyłam i przepadłam.

Nowości od Wibo zauroczyły mnie kompletnie, zwłaszcza kolekcja Wow Glamour Sand. Stałam w tym Rossmannie i stałam nie mogąc się zdecydować który kolor wybrać. W końcu wzięłam 3 z 4 dostępnych + na dokładkę jeden matowy piasek z kolekcji Wow Sand Effect
Piękne, jesienne kolory idealnie trafiają w mój gust.


Ich urok ciężko wiernie oddać na zdjęciach. Śliczne, drobne brokatowe drobinki osadzone w ciemnych bazach. 

Z matów wybrałam najbardziej neutralny odcień - taką ciemną kawę z mlekiem.


Buteleczki z bliska:


Wow Glamour Sand nr 1 - turkusowo szmaragdowe drobinki 

W buteleczce zachwycił mnie najbardziej ze wszystkich.


Wow Glamour Sand nr 3 - bordowe drobinki

Ślicznota, bardzo ładnie prezentuje się na paznokciach.


Wow Glamour Sand nr 4 - multikolorowe drobinki

Drobinki pięknie się mienią i dają ciekawy efekt.


Wow Sand Effect nr 2 - przyjemny brązik 

Czyli to, co Enka jesienią lubi najbardziej.

Jestem oczarowana całą czwóreczką ! Ceny kolekcji są bardzo przystępne, brokatowe piaski kosztują 7,69 zł, a matowe 6,99 zł
Dla mnie rewelacja :)


Który kolor chciałybyście zobaczyć na pazurkach w pierwszej kolejności ?

Zobacz także:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...