Styczniowe denka


Witajcie! Mamy końcówkę stycznia, nie może więc zabraknąć pierwszej w tym roku porcji denek :) Nie był to może bardzo obfity miesiąc, jednak do mojego koszyczka trafiła spora porcja pustych opakowań.


Spójrzmy co my tu mamy.


1. Palmers - Ujędrniający balsam z koenzymem Q10

Pisałam już o nim w notce o kosmetycznych rozczarowaniach. Podtrzymuję swoje zdanie na jego temat - szału nie ma. W dodatku pod koniec zepsuła mi się pompka, która przestała pompować balsam, musiałam więc kombinować jak koń pod górkę, żeby wydobyć i zużyć resztę produktu.

Nie kupię ponownie.

2. Green Pharmacy - Żel pod prysznic Lotos i Jaśmin

Żel był bohaterem moich październikowych ulubieńców. Cudowny zapach, spora wydajność, nie wysusza, ładnie się pieni - moim zdaniem to świetny żel w bardzo przystępnej cenie. Dostępny jest w kilku wersjach zapachowych, tym razem mam ochotę na "Olej arganowy i Figi".

Z pewnością jeszcze u mnie zagości.

3. Rexona - Antyperspirant Crystal

Mały przerywnik między jednym dezodorantem Dove, a drugim. Kiedyś używałam tylko Rexony, obecnie chyba jednak bardziej odpowiada mi oferta Dove - głównie pod względem zapachowym. Generalnie oba produkty świetnie się u mnie sprawdzają.

Od czasu do czasu będę do niego wracać.


4. Sally Hansen - Creme Hair Bleach

Czyli rozjaśniacz do włosków. Pisałam o nim tutaj, co prawda recenzja dotyczyła wersji 2010, a to jest wersja 2013, jednak oba produkty zupełnie niczym się nie różnią. Delikatny i skuteczny, nie podrażnia, nie powoduje przebarwień na skórze - dla mnie ideał.
Niektórzy używają do rozjaśniania włosków zwykłego utleniacza do włosów, ja jakoś nie mogę się do tego przekonać.

Kupię ponownie.

5. Lirene Youngy 20+ - Pianka do mycia twarzy "Energetyzująca samba brazylijska z guaraną"

Kocham pianki, zwłaszcza te do mycia twarzy, więc bez większego namysłu wrzuciłam ją do koszyka podczas zakupów. Czy to był dobry wybór ? 
I tak i nie. Na tak - miły, faktycznie energetyzujący zapach; świetna, gęsta konsystencja, niezłe działanie i duża wydajność. Tego typu produkty służą mi do zmywania makijażu. Oczy zawsze zmywam micelem, a resztę twarzy załatwiam pianką. Na koniec całość jeszcze raz przemywam micelem i voila, gotowe. Pianka Lirene bez problemów radziła sobie z codziennym make-upem, nie powodowała podrażnień, ale ma też swoje minusy. Przede wszystkim ściąga skórę, a tego nie lubię bardzo, w dodatku może też lekko przesuszać. W zestawieniu z moją ulubioną pianką Decubal, ta z Lirene przegrywa w przedbiegach.

Raczej już do niej nie wrócę.

6. Balea - Krem na noc z olejem z bio-brokułów.

Pisałam o nim kilka dni temu tutaj. Zainteresowanych odsyłam więc do recenzji :)

Obecnie nie planuję do niego powrotu, ponieważ jest wiele produktów, które chciałabym jeszcze przetestować.


7. Herbatint - Farba do włosów

Również pisałam o niej kilka dni temu. Tutaj znajdziecie wszelkie szczegóły.

Kupię ponownie.

8. Isana - Zmywacz do paznokci (różowa wersja)

Mój ulubieniec. Potrafi poradzić sobie nawet z najtwardszym przeciwnikiem, zmywa wszystko. Ta wersja odpowiada mi bardziej niż zielona, która ma denerwujący zapaszek ;)

Kolejne opakowanie już zakupione.

9. Carex - Antybakteryjny żel do dłoni

Niezastąpiony produkt w torebce, przydaje się w wielu podbramkowych sytuacjach. Pozwala w szybki sposób odświeżyć dłonie, pozostawia po sobie całkiem miły zapach (wersja aloesowa). Wydajny i niedrogi. Stosowałam go naprzemiennie z chusteczkami odświeżającymi, jednak z tymi drugimi jest za dużo zachodu, zdecydowanie bardziej odpowiada mi żel.

Teraz będę stosować żel z L`Occitane, a do Carex wrócę za jakiś czas.

10. Alfaparf Semi di Lino - Serum z mikro kryształkami

To produkt do zabezpieczania końcówek włosów, ma również działanie termoochronne, pięknie wygładza i nabłyszcza. Używałam go namiętnie kilka lat temu i byłam zachwycona, jakiś czas temu kupiłam ponownie i mam wątpliwości. Albo zmieniły się moje włosy, albo kupiłam jakąś podróbę (kupowałam na Allegro), niby nie działał źle, ale to nie było to samo, co kiedyś. 

Obecnie kupiłam Jedwab z Green Pharmacy.


11. Paese - Long Cover Fluid (Kryjący fluid o przedłużonej trwałości)

Naprawdę mnie zaskoczył, nie miałam wcześniej do czynienia z firmą Paese, więc nie wiedziałam czego się spodziewać. Bardzo dobre krycie i wręcz fotoszopowe wykończenie. Może nie sprawdzać się przy cerach tłustych, na mojej mieszanej bywało różnie. 
Zimą trzyma się świetnie, ale w cieplejszych porach roku szybko spływał ze trefy T. 
Miałam najjaśniejszy z dostępnych odcieni - 01 Jasny Beż, może być jednak za ciemny dla posiadaczek bardzo jasnej skóry. U mnie był idealny na wiosnę i lato, teraz musiałam go rozjaśniać 51 z Bourjois.

Być może będę do niego wracać.

12. Lovely - Curling Up Mascara

Mój hit nad hity. Dzięki niemu polubiłam silikonowe szczoteczki. Więcej pisałam o nim tutaj.

Oczywiście kupię ponownie.


13. Maść ochronna z witaminą A

Niezastąpiona zimą, chroni, pielęgnuje, łagodzi, odżywia. Smaruję nią usta, policzki, nos, dłonie, stopy - nadaje się dosłownie do wszystkiego ;)

Kupię ponownie na 100%

14. Wibo - Zmywacz w płatkach

Co za shit. Okropny różany zapach, płatki nasączone były jakimś wstrętnym olejkiem, musiałam się oszorować jak głupia żeby zmyć choć jednego pazura.

Fu, nie chcę tego więcej widzieć.

15. Próbki

Suchy olejek Nuxe - oczarowała mnie ta próbka, rozważam zakup pełnej wersji.
Krem pod oczy Sylveco także okazał się bardzo przyjemny, na wiosnę może być fajnym i lekkim nawilżaczem.

Koniec styczniowych denek, całkiem niezły wynik :)


Jak tam Wasze zużycia w tym miesiącu ?

Lumene Eyeshadow Primer | Baza pod cienie do powiek


O tym, jak ważnym elementem w codziennym makijażu jest porządna baza pod cienie, najlepiej wiedzą posiadaczki tłustych powiek. Znalezienie dobrej jakości produktu, który będzie potrafił sprostać wielu oczekiwaniom, prostą sprawą nie jest. Ale nie niemożliwą.
Na bazę Lumene zdecydowałam się pod wpływem wielu pozytywnych opinii, po blisko 4 miesiącach codziennego użytkowania, swobodnie mogę napisać o niej kilka słów.


                                                      Od producenta:                                                 

Baza utrwala cienie i sprawia, że pozostają nienaruszone cały dzień. Wyrównuje koloryt powiek, ułatwia równomierne rozprowadzenie cieni do powiek i eyelinera. Zapobiega zbieraniu się cienia w załamaniu powieki. Może być również używana jako baza pod makijaż ust. Bezzapachowa.

                                                              Skład:                                                         



                                                        Moja opinia:                                                     

Baza zamknięta jest w małej, 7 ml tubce z miękkiego tworzywa. Podoba mi się jej minimalistyczny design. Matowe, lekko satynowe wykończenie i ciemne granatowe litery, tworzą miłą dla oka kompozycję.
Opakowanie nie jest przezroczyste, jednak patrząc pod światło, spokojnie można kontrolować zużycie.
Oczywiście całość zapakowana jest w kartonik, na którym znajdziemy skład i  informację o produkcie.

Osobiście wolę bazy w takiej formie. Zazwyczaj te w słoiczkach, po jakimś czasie użytkowania zaczynają gęstnieć i zasychać, przez co zmieniają swoje właściwości. Tutaj nie ma takiego problemu, baza będzie służyć nam przez długi, długi czas, a jej konsystencja nie ulegnie zmianie. 
Warto tu wspomnieć o wydajności, gdyż jest doprawdy imponująca. Jak już pisałam, używam jej mniej więcej od początku października, a zużycie jest minimalnie. Nie wiem nawet, czy będę w stanie zużyć całość w ciągu 24 miesięcy, bo tyle wynosi ważność produktu. 

Tubeczka wyposażona jest w wygodny aplikator w postaci zwężonego dzióbka, jakie często spotykamy w kremach pod oczy. Dzięki niemu możemy wydobyć dosłownie odrobinkę produktu, nic się nie zmarnuje, a aplikacja będzie prosta, łatwa i przyjemna.
Jeśli już o aplikacji mowa - baza ma kremową i niezbyt gęstą konsystencję o delikatnym beżowym zabarwieniu. Nakłada się bajecznie, podczas rozcierania nabiera lekko pudrowego i suchego wykończenia. Przy okazji rozjaśnia nam powiekę, dla mnie to wielki plus. Jest zupełnie bezdrobinkowa. Swoją drogą, zupełnie nie rozumiem, co kieruje producentami, którzy ładują do baz brokatowe drobinki.


Przejdźmy do działania - jak baza daje sobie radę na moich tłustych powiekach ? 

Z pewnością lepiej, niż jakakolwiek baza do tej pory. Nałożona rano, dość ładnie trzyma makijaż oka do samego wieczora. Nie zauważyłam żeby w jakikolwiek sposób utrudniała aplikację cieni, a na takie opinie czasem trafiałam. U mnie nie było żadnych trudności. Cienie dobrze trzymają się powieki, dają się cieniować i rozcierać, także zupełnie nie wiem w czym tkwił problem. Może chodzi o stosowaną ilość ? Do jednorazowego użytku wystarczy dosłownie malutka kropelka, przy większej ilości produkt może zacząć się rolować i robić brzydkie plamy, a nałożone na taką powiekę cienie szybko tracą swoją intensywność i mogą zbierać się w załamaniu. Metodą prób i błędów trzeba wypracować sobie optymalną dla siebie porcję. 
Producent zaleca po nałożeniu bazy przypudrować powiekę. Testowałam ją na oba sposoby (z pudrem i bez) i u mnie nie było praktycznie żadnej różnicy.

A jak baza wpływa na intensywność cieni ?

Wydaje mi się, że lekko podbija kolor, jednak robi to subtelnie. Poniżej zostawiam Wam zdjęcie do samodzielnej oceny.


Minusy ?
Dopatrzyłam się kilku.
Przy wrażliwej skórze w okolicach oczu, codzienne stosowanie bazy może ją minimalnie przesuszać. Należy więc pamiętać o porządnym nawilżeniu nie tylko dolnej, ale i górnej powieki. To po pierwsze. A po drugie, bywają takie dni, że stosowana zupełnie tak samo jak zazwyczaj, przy użyciu tych samych produktów do makijażu, okazuje się mało trwała. Po kilku godzinach cienie zaczynają się zbierać w załamaniu, blakną i ogólnie całość spływa. Próbowałam wydedukować w czym może tkwić problem i doprawdy nie wiem. Jedyne, co przychodzi mi do głowy, to może różna intensywność w produkcji sebum, w różnych dniach cyklu ? Nie mam pojęcia. 

Podsumowując, uważam że baza jest godna uwagi i powinna spełnić oczekiwania większości użytkowniczek. I ja pozostanę przy niej na dłużej, choć nadal będę szukać swojego ideału. Potrzebuję produktu, na którym będę mogła polegać zawsze i wszędzie, a Lumene niestety nie może mi tego zapewnić.

Cena: zapłaciłam 29,90 zł

Dostępność: drogerie internetowe, lokalne drogerie stacjonarne. 
Mieszkanki Podkarpacia mogą ją znaleźć w drogeriach Wispol.

Moja ocena: 4/5

Znacie bazę Lumene ? 
A może macie swój ideał w tej kategorii ?

YouTube i moje ulubione kanały polskojęzyczne


Przez długi czas byłam oporna jeśli o tę część internetów chodzi. YouTube jakoś zupełnie mnie nie przekonywał, a na wszelkie próby zwabienia mnie w otchłań filmików reagowałam zupełną obojętnością. Oczywiście, wszystko do czasu. Jak raz wlazłam, tak już nie wylazłam. Od jednego kanału do drugiego, trzeciego... i tak poleciało. Nie subskrybuję ich wiele, wciąż więcej czasu pochłania mi blogosfera, zdążyłam jednak polubić kilka z nich na tyle, że odwiedzam regularnie i oglądam z wielką przyjemnością.

Dziś skupię się na naszych rodzimych YouTuberkach, za jakiś czas przedstawię Wam też moich ulubieńców obcojęzycznych.



Cenię ją za dużą wiedzę, profesjonalizm i zdrowe podejście do YouTubowej działalności. 
Poza tym, Agnieszka w swoich filmach często przemyca masę ciekawostek dotyczących NY, to miód dla mych oczu...i uszu też ;)




Jest tak pozytywną osobą, że nie sposób jej nie polubić. Przyznam, że uwielbiam jej filmy dotyczące życia codziennego w USA, choć część poświęcona kosmetykom także trafia w moje upodobania.




Kto nie zna Maxi i jej cudnych brwi ? I pięknych, białych zębów ?  ;) Niesamowicie zdolna osoba, potrafiąca tworzyć piękne makijaże. 




PannęJoannę odkryłam zupełnie niedawno, momentalnie urzekła mnie swoją autentycznością. Na jej kanale znajdziecie troszkę temtyki beauty, trochę vlogów, mody - ogólnie mówiąc, dla każdego coś dobrego.




O Nieesi25 chyba nie trzeba wiele pisać, bo słyszał o niej każdy. Kolejna przesympatyczna i ciepła osoba, którą ogląda się z uśmiechem na ustach. Wśród jej filmików zawsze znajdę to, co mnie interesuje - wiele urodowych porad, makijaże, trochę nowości, od czasu do czasu pojawia się też kuchnia. 




Jedyny blog nie poświęcony tematyce stricte kosmetycznej, a modowej. Radzka sprawia wrażenie osoby bardzo kompetentnej, posiadającej dużą wiedzę i wiedzącej o czym mówi. A mówi mądrze i ciekawie. Jej filmy nigdy nie są monotonne, uwielbiam :)



A do kogo Wy lubicie zaglądać ?
Podzielcie się swoimi typami, chętnie odkryję kolejne perełki.



W brokule siła, w brokule moc ? Balea Nature - Krem na noc


Balea znana jest w blogosferze głównie z pięknie pachnących żeli pod prysznic oraz szamponów i odżywek o prostych, acz skutecznych składach. Gdy w maju zeszłego roku miałam okazję odwiedzić jedną z drogerii DM, szukałam wśród asortymentu tej firmy czegoś nowego, co warto byłoby wypróbować. I tak mój wzrok napotkał serię Balea Nature. W jej skład wchodzą tylko dwa produkty: Krem na dzień z ekstraktem z pomidora oraz Krem na noc z olejem z bio-brokułów. Oba produkty zawierają informację o zawartości 95% składników pochodzenia naturalnego.

Jako, że kremów na dzień miałam w nadmiarze, postawiłam na wersję nocną. Z kosmetykami zawierającymi olej z nasion brokułów nie spotkałam się nigdy wcześniej, więc ciekawość była spora.


                                                     Od producenta:                                                  

Moja znajomość języka niemieckiego jest raczej podstawowa, więc posiłkowałam się geniuszem translatora ;)

Naturalny krem na noc Balea Nature z organicznym olejem z nasion brokułów wspiera naturalną barierę ochronną skóry. Organiczny olej z oliwek, znany z wielu korzystnych właściwości, dba o skórę i sprawia, że staje się ona miękka. Olej z nasion brokułów z Włoch bogaty jest w nienasycone kwasy tłuszczowe. Lekki olej szybko się wchłania, nie pozostawiając tłustego filmu na skórze.  Przeznaczony do każdego rodzaju cery, nawet wrażliwej. 95% składników pochodzenia organicznego. Bez parabenów, silikonów, barwników i olejów mineralnych.
Krem jest wegański.

                                                              Skład:                                                         


                                                          Moja opinia:                                                   

Krem zapakowany jest w kartonik opatrzony miłą dla oka grafiką, znajdziemy tam też szereg wyczerpujących informacji dotyczących produktu i składników w nim zawartych. Sam produkt zamknięty jest w małej, 50 ml tubce wykonanej z miękkiego i nieprzezroczystego tworzywa. Klasyczne zamknięcie na zatrzask. 
To co od razu mi się spodobało, to fajna, średnio gęsta i treściwa konsystencja, ale w żadnym razie nie tłusta. Ładnie i lekko się rozsmarowuje. Wchłanianie może nie należy do ekspresowych, ale w tego typu produkcie zupełnie mi to nie przeszkadza. Nakładam solidną porcję na twarz, wklepuję i idę spać.


Zapach wzbudzał moją największą ciekawość. Myślałam, że może być lekko cierpki i warzywny. Nic z tych rzeczy. Pachnie bardzo przyjemnie, świeżo, ma w sobie roślinną nutę. Jednocześnie jest delikatny, więc zapachowym wrażliwcom nie powinien nastręczać problemów. Po nałożeniu na twarz bardzo szybko ulatuje i staje się zupełnie niewyczuwalny.

Krem oparty jest na glicerynie i trójglicerydach, kawałek dalej znów mamy tłuste emolienty, więc warto byłoby wiedzieć, czy te składniki Was nie zapychają, gdyż są komedogenne i mogą sprzyjać powstawaniu zaskórników. Moja cera wydaje się być odporna, nigdy nie zaobserwowałam negatywnego wpływu owych. 
Gdzie są tytułowe oleje ? Mniej więcej w połowie pojawia nam się w końcu oliwa z oliwek i olej z pestek brokułów. Źle nie jest, mogłoby jednak być lepiej.

Patrząc na skład można by podejrzewać, że krem będzie bardzo ciężki w odbiorze, a w rzeczywistości zaliczyłabym go do tych lżejszych. Moja mieszana cera zareagowała na niego bardzo pozytywnie, czasem pojawił się jakiś wyprysk, ale nie wydaje mi się, aby to właśnie krem był winowajcą.

Używałam go od jesieni, moja skóra zaczyna wówczas strasznie kaprysić, centralne ogrzewanie, duże wahania temperatury i mamy klops. Wiecznie zmagam się z suchymi skórkami i uczuciem niedostatecznego nawilżenia. 
Czy Balea Nature sprostał tym wyzwaniom ? Jak najbardziej.
Jak już wspomniałam, stosowałam krem codziennie wieczorem. Sporą dawkę  wklepywałam w twarz i udawałam się lulu. Rano cera była gładka, odprężona, strefa T matowa!, dla mnie bajka. Skóra była wystarczająco odżywiona, ale nie przeciążona. Jeśli chodzi o nawilżenie określiłabym go jako optymalne, choć posiadaczki cer dojrzalszych lub suchych mogą czuć pewien niedosyt. 

Podsumowując, jestem bardzo pozytywnie zaskoczona. Co prawda nie jest to produkt zupełnie naturalny, ale uważam, że Balea idzie w dobrym kierunku. Fajnie byłoby, gdyby seria była kontynuowana i pojawił się większy wybór wśród produktów pielęgnacyjnych. Wersje dla różnych typów cer byłyby świetnym pomysłem.

Cena: zapłaciłam nieco ponad 3 

Dostępność: drogerie DM, allegro

Moja ocena: 4,5/5


Znacie tę serię ? 
A może miałyście okazję spotkać inne produkty zawierające olej z nasion brokułów ?

Herbatint - Ziołowa farba do włosów (5N - Jasny Kasztan)



Tęsknię za czasami, gdy farbowanie włosów nie było dla mnie koniecznością, a wszelkie próby koloryzacji podyktowane były tylko i wyłącznie ciekawością i chęcią poeksperymentowania. Mam odrobinę dość szukania w miarę łagodnej farby, która regularnie stosowana, nie doprowadzi moich 3 włosów na krzyż do ostatecznej ruiny. I która będzie skuteczna. I będzie dawała naturalny efekt. Oczekiwań mam sporo, więc trochę wybrzydzam w tym temacie. Jakiś czas temu trafiłam na farby Herbatint, określane mianem Naturalnej trwałej ziołowej farby do włosów. 


Jest to moje trzecie podejście do firm proponujących delikatniejszą koloryzację (choć nie naturalną). Przerobiłam już Biokap, Color&Soin, przyszła pora na Herbatint. Z całej trójki, to właśnie ta ostatnia sprawdza się u mnie najlepiej, choć ideałem wciąż nie jest.

Firma oferuje wybór pomiędzy sześcioma kolorystycznymi seriami (Naturalna, Złota, Miedziana, Mahoniowa, Popielata, Modny Błysk). Łącznie w ofercie znajduje się 36 różnych odcieni, zdecydowałam się na serię Naturalną - odcień 5N "Jasny Kasztan".

Od producenta:

Herbatint opracowano z zastosowaniem minimalnej ilości składników chemicznych, co dzięki harmonijnemu połączeniu z wyciągami roślinnymi i ziołowymi umożliwiło uzyskanie unikalnego składu farby, która nie tylko łagodnie  i trwale barwi Twoje włosy, ale również chroni je  i pielęgnuje.

Bez amoniaku Specjalnie opracowany na bazie wyciągów ziołowych  i białek, HERBATINT™ wykorzystuje rozmaryn, chinowiec oraz łupinę orzecha włoskiego, aby łagodnie uwalniać barwnik. Daje naturalny, intensywny efekt na Twoich włosach.

Brak szkodliwego wpływuDzięki unikalnemu składowi, HERBATINT™ trwale barwi włosy nie niszcząc ich. Otrzymujesz w efekcie naturalny, subtelny kolor, który za każdym razem wygląda wspaniale oraz  spowoduje, że poczujesz się  świetnie.

Naturalny blask i połysk HERBATINT™ ma właściwości wzmacniające zdrowy i świetlisty połysk Twoich włosów, nie wytwarza nadmiernie jednolitego koloru, często kojarzonego z chemicznymi kolorantami.

HERBATINT® FARBA PIELĘGNUJĄCA TWOJE WŁOSY zawiera także wyciągi z ziół:

ALOE VERASzczególnie bogata w enzymy, polisacharydy, witaminy A – C – E oraz sole mineralne. W trakcie nakładania działa kojąco na skórę głowy. Wzmacnia i chroni włosy. Poprawia kondycję włosów i  przyczynia się do dłuższego utrzymywania koloru.

LIMNANTHES ALBA (MEADOWFOAM)Bogaty w witaminy E i F olejek z nasion kwiatów Meadowfoam. Zapewnia lepsze krycie i wpływa na długotrwałość koloru.

HAMAMELIS VIRGINIANA-Oczar wirgińskiPielęgnuje skórę głowy, bogaty we flawonoidy oraz olejki eteryczne.

BETULA ALBA-Biała brzozaTonik do włosów i środek remineralizujący.

ECHINACEA ANGUSTIFOLIA-Jeżówka wąskolistnaNaturalny środek antyseptyczny i nawilżający.

Moja opinia:

Zacznijmy od składu. Pierwsze co rzuca się w oczy, to jego długość, a raczej krótkość w porównaniu do farb drogeryjnych, czy nawet farb konkurencyjnych. Jest zwięzły i na temat. Widać tutaj wyraźnie, że Herbatint nie jest farbą naturalną - ma w swoim składzie chemię.

Producent zapewnia, że farba nie zawiera rezorcyny, parabenów i amoniaku. O ile z dwoma pierwszymi punktami można się zgodzić, o tyle z tym ostatnim już niekoniecznie. Ok, czystego amoniaku nie ma, ale znajdziemy tu Ethanolamine, a to przecież amina, czyli pochodna amoniaku. Warto zwrócić też uwagę na PDD (P-phenylenediamine) na którą wiele osób ma uczulenie i jest substancją drażniącą. Dalej jest dużo lepiej, są ekstrakty: z aloesu, z oczaru wirgińskiego, z brzozy białej, z jeżówki wąskolistnej. Pod koniec znów trochę chemii. 
Więc aż tak kolorowo to my tu nie mamy, jednak w porównaniu do wszystkich innych farb, które miałam okazję stosować, jest dużo lepiej.


W klasycznym, kartonowym opakowaniu kryją się dwie buteleczki o pojemności 60 ml każda, oraz mniejszy kartonik w którym znajdziemy instrukcję w języku polskim, saszetkę Królewskiej Odżywki oraz rękawiczki ochronne przyklejone do ulotki prezentującej dostępne odcienie.
Jedno opakowanie wystarcza mi na 2 użycia.


To, co na pierwszy rzut oka wyróżnia farbę Herbatint, od innych tego typu produktów, to ciekawa żelowa formuła części barwiącej, z którą nie spotkałam się nigdy wcześniej.


Aby przygotować produkt potrzebna będzie nam będzie szklana lub plastikowa miseczka. Jeśli chcecie podzielić całość na dwa użycia, przyda się też jakiś pojemniczek z miarką, tak by odmierzyć po 30 ml z obu buteleczek. 

Gotowa mieszanka prezentuje się tak:


Nie jest ani zbyt gęsta, ani zbyt płynna, dzięki czemu w łatwy sposób możemy ją zaaplikować, choć ja i tak wolałabym, aby do zestawu dołączony był pojemnik z aplikatorem. Nie lubię bawić się z pędzelkiem.

Farbę nakładamy klasycznie, na suche i nieumyte włosy. Czas koloryzacji wynosi łącznie 40 minut. Nie zanotowałam w tym czasie nieprzyjemnych doświadczeń. Żadnego świądu, pieczenia, szczypania etc, a moja skóra głowy jest dosyć wrażliwa. Zapach delikatny i mało uciążliwy. 
Coś nowego pojawia się podczas zmywania, bowiem po zmyciu farby z włosów, należy porządnie umyć głowę szamponem, a dopiero później nałożyć Royal Cream.
Odżywce warto poświęcić dwa słowa, wydaje się produktem godnym uwagi (choć oceniam ją na postawie małej saszetki). Dobry, bogaty skład i przyjemne działanie może przypaść do gustu właścicielkom włosów lubiących proteinki. 

Wracając do omawianej wcześniej koloryzacji, po wysuszeniu włosy są miękkie, lśniące, a kolor jest bardzo naturalny i co najważniejsze, nie jest ciemniejszy niż wskazywałby próbnik. To dla mnie ogromny plus. Nie czuć szorstkości na powierzchni włosa, nie wydaje się też on "sztucznie pogrubiony". Podczas kolejnych myć nie widać, aby barwnik specjalnie mocno się wypłukiwał. Dzieje się to bardzo stopniowo i powoli.
Jest jeden minus, Herbatint niedokładnie pokrywa siwe włosy. W większości kolor je łapie, ale pojedyncze siwki nietknięte mocą farby udało mi się namierzyć. Ponadto kolor zmywa się z nich szybciej, niż z reszty włosów, przez co odstępy pomiędzy kolejnymi koloryzacjami się skracają.

Poniżej możecie zobaczyć jak odcień 5N prezentuje się na włosach - zdjęcie 1 i 4 w świetle naturalnym, a 2 i 3 w mocnym świetle sztucznym. Wyłażą trochę rude tony, ale w takiej wersji za bardzo mnie to nie razi.


Podsumowując, na razie przy niej pozostanę, stosuję ją od kilku miesięcy, a włosy wydają się być w coraz lepszej kondycji (wcześniejsze farby ciągle niweczyły mój trud, który wkładałam w pielęgnację). Zostały mi do przerobienia farby 100% naturalne.

Dostępność: wybrane zielarnie, Allegro, sklep internetowy Herbatint 

Cena: 39,90 zł

Moja ocena: 4/5


Znacie farby lub inne produkty Herbatint ?

Rozdanie noworoczne - wyniki!

Witajcie! Udało mi się w końcu zweryfikować Wasze zgłoszenia do noworocznego rozdania


Łącznie zgłosiło się 167 osób. W formularzu do zgłoszenia poprosiłam Was o wskazanie swojego kosmetycznego hitu 2013 roku i stwierdzam, że był to świetny pomysł. Padło wiele ciekawych pozycji, wśród najczęściej wymienianych pojawiły się: Mydło Aleppo, Kamuflaż Catrice, Żółty tusz Lovely, Jedwab do włosów Green Pharmacy i Płyn micelarny BeBeauty
Znalazło się też trochę kosmetyków, których kompletnie nie znam, kilka z nich wzbudziło moje szczere zainteresowanie :)

Ok, nie przedłużam. 

Zwycięża:  alizall z.

Gratuluję!

Ponieważ głosów było sporo, a nagroda tylko jedna, postanowiłam nagrodzić małą niespodzianką jedną z moich Top Komentatorek (pod uwagę brałam stan wskazany w noworocznym rozdaniu). 


Nagrodę niespodziankę zdobywa: 
Madalena N. 

(Żeby nie było wątpliwości chodzi o Magdę z bloga
http://30plusbeautyblog.blogspot.com/)

Również serdecznie gratuluję!

Obie dziewczyny proszę o kontakt mailowy z danymi do wysyłki paczuszek.

Wszystkim dziękuję za udział w zabawie i życzę miłego weekendu :)

Błyskotki w dwóch odsłonach / Rimmel Space Dust 003 Aurora & Lovely Snow Dust nr 1


Od kilku tygodni przebieram nogami żeby zaprezentować Wam moje dwie ukochane ostatnio błyskotki. Próbowałam doprowadzić swoje paznokcie do stanu względnie nadającego się na publiczne występy, niestety ciągle któryś mi się łamał. Będą więc króciaki.


Oba lakiery mają piaskowe wykończenie. Jeden z nich jest już Wam z pewnością świetnie znany, blogosfera wręcz oszalała na jego punkcie. Wcale mnie to zresztą nie dziwi, Lovely Snow Dust nr 1 jest wspaniały.

Natomiast ten drugi znany jest dużo mniej i właśnie od niego zaczniemy. Przygotujcie się na sporo zdjęć :)


Rimmel Space Dust w odcieniu 003 Aurora to piękny beżowo-różowy piasek z mnóstwem srebrnych drobinek. Taki błyszczący nudziak. W mocnym świetle na pierwszy plan wybija się srebro, w cieniu zaś, ukazuje swoją delikatniejszą stronę. Jedna i druga jest fantastyczna.

Lakier wyposażony jest w bardzo szeroki pędzelek (które uwielbiam). Nie sprawia kompletnie żadnych problemów podczas aplikacji. Do pełnego krycia potrzeba 2-3 warstw. Przy 2 kryje całkiem dobrze, ale gdzieniegdzie potrafią zrobić się prześwity, także potrzeba wtedy dodatkowego pociągnięcia. Schnie ekspresowo, więc można mu to wybaczyć.








Trwałość oceniam na wielki plus, spokojnie wytrzymuje 4-5 dni beż żadnego uszczerbku. Zmywanie go to droga przez mękę, srebrny brokat trzyma się pazurów i za nic nie chce puścić ;)

Za buteleczkę zapłacimy niecałe 10 zł. W linii Space Dust dostępnych jest 5 odcieni, wg mnie Aurora jest najciekawszym z nich.


O złotku z Lovely nie trzeba wiele pisać, wystarczy na niego spojrzeć ;)

Rewelacyjnej jakości piasek za niecałe 9 zł ? Tak, to możliwe. Udało mi się go dostać przy pierwszej wizycie w Rossmannie, to była ostatnia (i jedyna) sztuka, od tamtej pory nie miałam szczęścia już na nie trafić, choć chciałam dokupić też dwa pozostałe odcienie. Mówi się trudno.

Nr 1 to piękny odcień złota, w żadnym stopniu nie tandetny, czy bazarowy - nic z tych rzeczy. Elegancki, mocno błyszczący, po prostu cudowny.

Średnio gruby pędzelek, dosyć gęsta konsystencja, która w moim przypadku nie sprawiała żadnych problemów. Świetne krycie przy dwóch warstwach, w dodatku naprawdę szybkie schnięcie - więcej nie wymagam. Jeśli dołożymy do tego dobrą trwałość, otrzymujemy piasek idealny. Mogę napisać tylko - Lovely, brawo!








Lubicie takie błyskotki ?
Który odcień podoba Wam się bardziej ?

Zobacz także:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...