NOTD #15 - Essie Bahama Mama na bogato


Do niedawna byłam zwolenniczką jednokolorowych paznokci, najlepiej o kremowym wykończeniu. Wszystko inne wzbudzało we mnie zerowy wręcz entuzjazm. Starzeję się chyba jednak (albo dziecinnieje na starość), bo najpierw spodobały mi się piaski, potem złotka i inne świecidełka, a teraz także wzory. 
Ozdabiam więc i kombinuję, co biorąc pod uwagę moje zerowe zdolności manualne, jest niemałym wyzwaniem ;) Na szczęście wymyślono coś tak genialnego jak naklejki wodne, które pozwalają w łatwy i szybki sposób uzyskać fajne efekty. 


Jako bazy do zdobienia użyłam lakieru Essie w odcieniu Bahama Mama.
Bahama Mama to głęboki burgundowo-fioletowy odcień. Ciężko go jednoznacznie zdefiniować, piękny jest i tyle. Odkąd zobaczyłam go na słoczach w sieci, zapałałam ogromną chęcią posiadania, a korzystając z niedawnej promocji w SP w końcu kupiłam i cieszę się jego urokiem od dobrych kilku tygodni.
Standardowo dla Essiaków, buteleczka wyposażona jest w wygodny szeroki pędzelek. Aplikacja praktycznie bezproblemowa, do pełnego krycia potrzeba dwóch warstw, choć czasem przydałaby się i 3, bo gdzieniegdzie pojawiają się małe prześwity. Błyskawiczne schnięcie wynagradza jednak tą drobną niedoskonałość.


Naklejki wodne pochodzą ze sklepu BornPrettyStore i jest to wzór nr D211

Obawiałam się troszkę o ich jakość, jednak jestem bardzo przyjemnie zaskoczona. Porządnie wykonane, wytrzymałe, nie rwą się, pięknie przylegają do paznokcia. Wzór jest precyzyjny i efektowny, nie dopatrzyłam się żadnych minusów.
Całość pokryłam topem Poshe.

Wybaczcie przesuszone na wiór skórki, załatwiłam je jakimś środkiem czystości i od tamtej pory ciągle wołają pić.









Co sądzicie o mani w takiej odsłonie ?

Macrovita - Szampon przeciw wypadaniu + Odżywka bio-winogrona i bio-awokado

Produkty do pielęgnacji włosów wiodą prym wśród wszystkich moich kosmetyków. Kupuję nałogowo i wciąż szukam swoich ideałów. Obok sprawdzonych "pewniaków" zawsze mam też coś nowego na wypróbowanie. Moje cienkie i delikatne włosy są jednocześnie bardzo kapryśne i wymagające, dogodzić im nie sposób, przez co doprowadzają mnie niejednokrotnie do białej gorączki. Próbuję więc i próbuję...
Ostatnie tygodnie upłynęły mi w towarzystwie duetu Macrovita, czy był to czas udany ? Jak najbardziej tak!


Macrovita, to firma pochodząca z Grecji i mogąca poszczycić się produktami świetnymi składowo, co zdecydowanie zachęca do bliższego poznania asortymentu. 
Na stronie producenta możemy przeczytać min. że:

"Składniki naturalne w naszych kosmetykach stanowią nawet 99%. Większość składników posiada certyfikat ekologiczny, np. ECOCERT (pochodzą z nadzorowanych plantacji ekologicznych)"
"MACROVITA jest pionierem w eliminacji parabenów, czyli chemicznych konserwantów. Składniki używane do produkcji naszych kosmetyków są również wolne od parabenów."
"Kosmetyki MACROVITA zawierają bogactwo ponad 200 składników naturalnych. Składniki roślinne pozyskiwane są w najbardziej sprzyjającym, słonecznym klimacie Grecji. Znajdziemy wśród nich również oleje roślinne z nasion drzew rosnących w deszczowych lasach Amazonii, na terenie Peru czy Brazylii (Cupuacu), a także składniki z drzew rosnących w Maroko (olej arganowy)."
"Firma MACROVITA jest przyjazna środowisku naturalnemu. Nasze kosmetyki nigdy nie były testowane na zwierzętach, nawet gdy przepisy prawa na to pozwalały."
"Kosmetyki MACROVITA nie zawierają pochodnych ropy naftowej lub genetycznie zmutowanych substancji, są wolne od wazeliny i glikolu propylenowego."
"Kosmetyki naturalne MACROVITA zawierają co najmniej 80% substancji aktywnych, podczas gdy w kosmetykach konwencjonalnych substancji działających na skórę jest zaledwie kilka procent."


                                                    Od producenta:                                                   

  • MACROVITA SHAMPOO AGAINST HAIR LOSS - oczyszcza i skutecznie nawilża włosy, chroni je przed promieniowaniem UV. Reguluje mikrokrążenie w skórze głowy i wydzielanie sebum. Szampon tworzy doskonałe warunki do ożywienia i wzmocnienia cebulek słabych włosów.



  • MACROVITA HAIR CONDITIONER - odżywka do włosów stanowi niezbędne uzupełnienie szamponów z serii MACROVITA. Odżywia włosy dzięki naturalnym składnikom i sprawia, że włosy łatwo się rozczesują i doskonale układają.

                                                        Moja opinia:                                                     

Oba produkty zamknięte są w plastikowych butelkach o pojemności 200 ml, z wygodnym zamknięciem na zatrzask. W przypadku szamponu całość ma jeden wymiar, więc bez problemu można położyć butelkę na głowie i komfortowo zużyć resztki produktu, co jest dość istotne, biorąc pod uwagę gęstość szamponu. Konsystencją przypomina mi bardziej koncentrat, dlatego zawsze stosowałam go po wcześniejszym rozrobieniu z wodą (na dłoni). Jeśli o odżywkę chodzi, nie jest już tak wygodnie, góra posiada klasyczną zakrętkę z pstryczkiem, przez co chąc zużyć końcówkę, nie pozostaje nam nic innego, niż wytrząsanie.

Całość dopełnia prosta, zachowana w stonowanej kolorystyce szata graficzna, która stanowi całkiem miły obrazek dla oka, choć osobiście nie powala mnie jakoś szczególnie.

Zapachowo mamy tutaj dwa bieguny. Z jednej strony świeża, delikatna, lekko roślina woń szamponu, która bardzo mnie ujęła, z drugiej zaś, ostry, proszkowo-mydlany zapach odżywki. To jest mój największy zarzut względem niej - ten zapach odbierał mi całą radość ze stosowania. Mocno uderza w nozdrza, bardzo długo utrzymuje się na włosach. Po pierwszym użyciu, gdy ułożyłam włosy i poszłam do pracy, przez pół dnia zastanawiałam się kto ma tak "capiący" proszek do prania :P Dopiero po kilku godzinach zorientowałam się, że źródłem zapachu jestem ja :D 

Szampon nie zawiera SLS i SLES, a 84% stanowią składniki pochodzenia naturalnego. To się chwali. 

Skład jest bogaty w składniki aktywne, znajdziemy wśród nich:

Imbir - poprawia mikrokrążenie skóry głowy,
Czerwone winogrona* - przeciwutleniacz,
Szałwia* - działa przeciwbakteryjnie i ściągająco, tonizuje,
Malwa* - zmiękcza, działa przeciwzapalnie,
Oliwa z oliwek* - przeciwutleniacz,
Witamina H - determinuje zdrowy wygląd włosów,
Witamina PP - normalizuje, reguluje wilgotność skóry, zmniejsza objawy starzenia,
OCTOPIROXTM - zwalcza łupież, 
Prowitamina B5 - nawilża, regeneruje,
Filtr UV

*składniki BIO z certyfikatem ekologicznym

Odżywka to aż 96% składników pochodzenia naturalnego, nie znajdziemy tu ani olejów mineralnych, ani wazeliny, glikolu propylenowego, parabenów czy składników modyfikowanych genetycznie (GMO free)

Składniki aktywne to głównie:

Czerwone winogrona* - przeciwutleniacz, odżywiają,
Awokado* - odżywia, nawilża, wygładza,
Olejek jojoba* - zmiękcza, nawilża, 
Prowitamina B5 - nawilża, regeneruje, 
Filtr UV - chroni przed promieniowaniem UV


Z działania obu produktów jestem niesamowicie zadowolona. Szampon świetnie się pieni, skutecznie oczyszcza skórę głowy, dając uczucie świeżości. Jednocześnie jest bardzo delikatny, łagodzi podrażnienia, w moim przypadku niwelował także swędzenie, z czym zmagam się od czasu do czasu. Odżywka idealnie się z nim zgrywa, stanowi świetną opcję do codziennego stosowania. Zmiękcza, nawilża, wygładza, ale nie obciąża. Po umyciu i wysuszeniu włosy są odbite u nasady, sypkie i miękkie, ładnie się układają. 

Czy szampon zwalcza wypadanie ? Może nie niweluje go w 100%, ale z pewnością działa, z tym, że jest to działanie doraźne. Podczas jego używania wypadało mi wyraźnie mniej włosów, niż zazwyczaj - było to kilka sztuk podczas mycia, gdy przy niektórych szamponach potrafi wyleźć mi nawet 30-40 włosów. Warto wspomnieć, że zmagam się z przewlekłym wypadaniem, które spowodowane jest czymś więcej, niż zwykłe niedobory (jestem w trakcie badań). Jeśli borykacie się z okresowym wypadaniem, możliwe, że szampon poradzi sobie z tym całkowicie.
Problem łupieżu raczej mnie nie dotyczy, więc nie mogę zweryfikować jego skuteczności pod tym względem, jednakże szampon łupieżu z pewnością nie powoduje (co zdarza się niektórym produktom). Po dłuższym okresie stosowania duetu Macrovita zauważyłam, że włosy wolniej mi się przetłuszczają, wyglądają względnie świeżo jeszcze dzień po umyciu, a zazwyczaj następnego dnia rano kwalifikują się już do natychmiastowego prania.


Podsumowując: oba produkty mogę Wam polecić, pod względem skuteczności spisują się doskonale, jednak w głowie ciągle siedzi mi ten "zapach" odżywki, co w połączeniu z jej nie najniższą ceną sprawia, że nie mam ochoty do niej wracać ;) Z tego też względu na prowadzenie wysuwa się szampon, który znalazł się w moich ulubieńcach stycznia i z pewnością znajdzie stałe miejsce w mojej włosowej pielęgnacji.

Dostępność: sklepy internetowe (np. Macrovita, empik, merlin)

Cena: na stronie producenta widnieje cena 37 zł za szampon i 36 zł za odżywkę, ja kupowałam oba produkty na empik.com i zapłaciłam kolejno 31 zł i 29 zł.

Znacie firmę Macrovita ? Miałyście okazję stosować jakieś produkty tej firmy ?

Matowa doskonałość ? Pomadki Golden Rose Velvet Matte



O nowych, matowych pomadkach Golden Rose Velvet Matte aż wrze. Szturmem wtargnęły na blogowe i youtubowe salony, wzbudzając pożądanie nie jednej oglądającej, czy czytającej zachęcające wpisy.

Jako, że należę do zdecydowanych zwolenniczek pomadek, a tych matowych zwłaszcza, nie byłabym sobą, gdybym nie poszła na stoisko Golden Rose i nie pooglądała tej głośnej nowości na żywo.


Poszłam więc i przepadłam, stałam tam chyba z pół godziny i nie mogłam się zdecydować na wybór. Dostępnych jest 20 odcieni, większość trafia w moje gusta. Jest wśród nich coś delikatnego na co dzień - delikatne, przełamane róże w kilku odcieniach. Zwolenniczki ostrzejszych kolorów także znajdą coś dla siebie - ostra czerwień, fuksja, soczysta malina, koral, co się komu zamarzy. 


Po wymazaniu obu rąk testerami wyłoniłam swoich faworytów i do domu powędrował ze mną nr 02, 10 i 11. Podobały mi się także nr 04, 06, 08, 09, 14 i 15 (aha, aha!) także niewykluczone, że moja kolekcja będzie się powiększać ;)


Dwa odcienie (02 i 10) są idealnymi propozycjami na dzień. Delikatne, subtelne, czyli takie jakie lubię najbardziej. Nr 11 to coś mocniejszego np. na wieczór lub na lato.


Oczywiście, będąc w euforycznym szale, zniszczyłam sobie czubeczek jednej sztuki ;)

Strasznie ciężko było mi uchwycić na zdjęciach ich rzeczywisty kolor, mój aparat w ogóle nie chciał dzisiaj ze mną współpracować, a szaruga za oknem w tym nie pomagała. Po małym wsparciu programów do obróbki wyszło całkiem ok.


Cała w skowronkach zabrałam się za testowanie. 
Najbardziej obawiałam się o przesuszanie ust i podkreślanie suchych skórek, wszak matowe pomadki mają właśnie to do siebie. 
Producent zapewnia jednak, że "Pomadka do ust Velvet Matte tworzy na ustach aksamitne matowe wykończenie. Wysoka zawartość pigmentów oraz długotrwała formuła sprawia, że pomadka długo utrzymuje się na ustach, a dzięki zawartości składników nawilżających  oraz wit. E dodatkowo odżywia i nawilża usta."


Po ponad tygodniu noszenia Velvet Matte na ustach stwierdzam, że wszystko się zgadza. Ok, może z tym nawilżeniem nie ma szaleństwa, ale pomadki z pewnością nie przesuszają. Nie ma co ukrywać, że aby je nosić i w pełni cieszyć się efektem warto byłoby wcześniej zadbać o stan skóry, bo może lekko podkreślać wszelkie zadziorki. Natomiast nie ma co się obawiać o uwydatnianie niewidocznych gołym okiem niedoskonałości, czy włażenie w zmarszczki i ważenie się na ustach.

Pomadki są delikatnie kremowe, dają lekko satynowe wykończenie oraz pełne krycie. Nie jest to taki tępy mat, bardzo przyjemnie się je nosi. Pod spód można nałożyć bezbarwny sztyft, wówczas efekt jest jeszcze lepszy, przy czym tracimy nieco na jej "matowości". 


Trwałości również nie można niczego zarzucić, kolor ładnie trzyma się ust, jaśniejsze odcienie wytrzymują ok. 3-4 godzin, ciemniejsza 11 odrobinę "wżera" się w usta i mimo starcia wierzchniej warstwy, barwnik widoczny jest dłużej. Jeśli do tego wszystkiego dodamy przyjemny, lekko słodki zapach oraz miłe dla oka, matowe opakowanie, otrzymujemy doskonały produkt za niewielkie pieniądze.


Ok, przejdźmy do prezentacji :)


Odcień 02 - mój absolutny faworyt. Delikatny, lekko przygaszony ciemniejszy 

róż. Przypomina mi bardzo matową pomadkę Rimmel Kate 102, jednak jest 

odrobinę ciemniejszy.


Odcień nr 10 przysporzył mi małe rozczarowanie. W sklepie wydawał mi się lekkim różem z drobną domieszką beżu. Taki bezpieczny nudziak. Jednak w dziennym świetle przeważają w nim te brązowawe tony, a moja karnacja nie do końca się z takimi dogaduje i wyglądam odrobinę niezdrowo. Może latem sprawdzi się lepiej.



Na koniec perełeczka, czyli mocny i intensywny róż o numerku 11. Położyłam pod niego nawilżający balsam, więc efekt jest lekko połyskujący. Nie mam odwagi nosić takich odcieni na co dzień, jednak na wieczorne wyjścia, czy jakieś specjalne okazje będzie idealna. 
Jej sfotografowanie było najtrudniejsze, gdyż aparat widział ją jak czerwień, troszkę podciągnęłam kolor, więc każda z Was zobaczy go pewnie inaczej.


Dostępność: stoiska Golden Rose, internet

Cena: 10,90 zł

Podsumowując: niska cena, świetna jakość, piękne kolory! Polecam Wam serdecznie :)

Miałyście okazję zapoznać się już z pomadkami Velvet Matte ?

Nowości w kosmetyczce


Mimo, że w ubiegłych tygodniach nie robiłam specjalnie dużych kosmetycznych zakupów, okazuje się, że zebrała mi się spora gromadka nowości. Drobiazg tutaj, drobiazg tam... Wiecie pewnie jak to jest ;)


Korzystając z okazji zbiorowych zakupów i możliwości zaoszczędzenia na przesyłce, zaopatrzyłam się w ZSK w oleje, które od dawna chciałam wypróbować. Lniany i migdałowy do włosów, a makadamia głównie do twarzy. Dodatkowo wzięłam też Wyciąg z aloesu oraz Potrójny kwas hialuronowy - po kilkunastu dniach testów już wiem, że ten ostatni będzie od teraz stałym bywalcem w mojej codziennej pielęgnacji. 


Ujędrniający krem z żurawiną i olejkiem arganowym Apis od dawna był na mojej chciej liście, w końcu nadarzyła się okazja, żeby go kupić. Ma wspaniały skład, a kosztuje grosze (ok. 15 zł) za 100 ml produktu. Musi jeszcze chwilę poczekać, aż powykańczam wszystkie resztki, ale ciekawość mnie zżera.


Kuferek Pat&Rub z linii Home Spa udało mi się dorwać w bardzo korzystnej cenie na poświątecznych wyprzedażach w Sephorze. Mamy tutaj peeling, masło i krem do rąk, do kompletu urocza filcowa kosmetyczka. 


Nie miałam pojęcia, że tak wiele firm na naszym rynku oferuje w tej chwili suche szampony. Jest Syoss, jest Farmona, Gosh, Dove, oczywiście Batiste i w końcu Schwarzkopf, który właśnie do mnie trafił.
Kupiłam go w nagłej potrzebie, tak to jest, gdy zasypia się do pracy prawie 2 godziny i nie ma czasu na poranne umycie głowy. Szampon sprawdził się świetnie, jestem bardzo pozytywnie zaskoczona i wkrótce napiszę Wam o nim troszkę więcej :)

Przy okazji wzięłam także Jedwab w płynie z Green Pharmacy, który jest ostatnio bardzo chwalony. 

Do tej pory nie miałam okazji stosować włosowych produktów Alterry (poza maską granat+aloes), na próbę kupiłam szampon + odżywkę.


Troszkę kolorówki, czyli BB z Bell, mój pierwszy w życiu eyeliner z prawdziwego zdarzenia Maybelline Lasting Drama i pierwsza w mych zbiorach paleta Sleek. Po długich rozważaniach wybrałam bezpieczną kolorystycznie opcję, czyli Oh So Special. Jest piękna :)

Z racji tego, że w lutym szykuje mi się kilka imprez, zdecydowałam się na zakup sztucznych rzęs, które będę mogła zakładać na jeden wieczór. Wybrałam chyba najbardziej popularny model, czyli Ardell Demi Wispies. Musiałam dokupić też klej, jednak zupełnie nie miałam pojęcia, który będzie dobry i mój wybór był troszkę na ślepo. Miejmy nadzieję, że będzie ok.


Kolejne lakiery do kolekcji :) Essiaki, to efekt niedawnej promocji w Super-Pharm. Wybrałam odcienie Bahama Mama i Angora Cardi
Zbiory zasiliły też slynne holosie z CA, moje odcienie to: O w bombkę, Pyrka i Światło proszę. Wszystkie piękne, z pewnością domówię jeszcze kilka innych kolorów.


Po ponad półrocznej przerwie wracam do mojej ulubionej odżywki Diamentowej z Eveline. Wiem, że u niektórych wzbudza postrach i grozę, u mnie natomiast, sprawdza się rewelacyjnie. Jeśli stosuje się ją z głową, nic złego nie ma prawa się stać.

Na koniec kolejna butla zmywacza z Isany.

Aaa... i jeszcze

Zestaw kosmetyków Kolastyny, który udało mi się wygrać u Obsession. Z całej gromadki najbardziej ciekawi mnie Termoaktywne serum wyszczuplająco-antycellulitowe na brzuch i pośladki.

Więcej grzechów nie pamiętam.


Zaciekawiło Was coś ? 
Macie ochotę poczytać o czymś w pierwszej kolejności ?

Ulubieńcy #3 - Styczeń 2014

Z małym poślizgiem przychodzę do Was ze swoimi kosmetycznymi styczniowymi ulubieńcami. 
Przy okazji, zrobiłam mały zdjęciowy eksperyment, wyszło ciekawie, dajcie znać jak (i czy) Wam się podoba ;)


Wyłuskałam 6 produktów, których używałam w styczniu z wielką przyjemnością. Dwa z nich są ogromnym, pozytywnym zaskoczeniem.


1. Bioderma - Płyn micelarny Sensibio H2O AR

Jest to wersja do cery naczynkowej. Z ciekawości porównałam skład ze słynną, klasyczną wersją Sensibio i różnice są bardzo symboliczne. Wersja AR posiada dodatkowo kilka ekstraktów, min. z aloesu, zielonej herbaty, ginkgo biloba oraz dwa dodatkowe konserwanty na końcu. Baza jest właściwie ta sama.
Kupiłam tę wersję przez przypadek, bo opakowania H2O i H2O AR nie różnią się praktycznie wcale.
Niemniej jednak był to udany zakup, micel świetnie się u mnie sprawdza. Pięknie radzi sobie z każdym makijażem, nie podrażnia, koi skórę. Jest łagodny i skuteczny, czyli taki jaki ma być. 


2. Tołpa Dermo Body Bust - Serum wypełniające biust

Mając większy rozmiar biustu, trzeba sporo uwagi poświęcać tym rejonom, tak by jak najdłużej trwały w dobrej kondycji (czytaj: na swoim miejscu). Jeśli dołożymy do tego szybko wiotczejącą skórę, której posiadaczką niestety jestem, otrzymujemy ciągłą walkę podjazdową ;) Produkty do pielęgnacji biustu testuję nałogowo, szukam swojego ideału już bardzo, bardzo długo. Kiedyś było nim serum Eveline w różowej tubce, ale z czasem przestało przynosić oczekiwane efekty.
Tołpa przyszła na ratunek. Sprawdza się rewelacyjnie! Pięknie ujędrnia i napina skórę, biust rzeczywiście wydaje się pełniejszy, w lepszej kondycji. Na pełną ocenę, muszę je jeszcze troszkę poużywać, tymczasem jestem oczarowana.


3. Macrovita - Wzmacniający szampon przeciw wypadaniu włosów z imbirem i bio-czerwonymi winogronami.

Ogromne zaskoczenie. Fajny skład, bardzo delikatne działanie i duża skuteczność. Szampon może nie wyeliminował wypadania włosów, ale zdecydowanie je ogranicza. Dodatkowo bardzo korzystnie wpływa na stan całej czupryny, nie przesusza, co jest dla mnie wielkim plusem.
Używam go w duecie z odżywką i ona także jest godna polecenia, z tym, że posiada dla mnie jeden zasadniczy minus - o szczegółach napiszę w recenzji tego duetu, która pojawi się w najbliższych dniach.


4. Poświąteczny peeling cukrowy autorstwa M.

Dziewczyny, to jest bajka. Mocny zdzierak, wspaniały, orgazmiczny wręcz zapach i cudowne, delikatne nawilżenie po użyciu. M. powinna zająć się masową produkcją ;)
Produkt oparty jest na trzcinowym cukrze z dodatkiem oleju kokosowego, masła shea, oleju z dzikiej róży, aromatu pomarańczowego i cytrynowego, mieszankę wzbogacają też suche olejki Nuxe i Caudalie. Całość tworzy niezwykle udaną kompozycję.


Peeling wystarczy mi jeszcze na mniej więcej 2 razy i żalem będę musiała się z nim rozstać.


5. L`Occitane - Czysty wyciąg z masła shea oraz 
Nuxe - Balsam do ust Reve de miel

Ciężko było mi wybrać jednego faworyta, gdyż oba sprawdzają się u mnie fantastycznie. Balsam Nuxe stosuję głównie na noc, nakładam grubszą warstwę, a rano budzę się z miękkimi i wypielęgnowanymi ustami. 
Masełko z L`Occitane ma też szereg dodatkowych funkcji. Świetnie nadaje się do zabezpieczenia końcówek włosów, do nawilżenia skórek wokół paznokci, nakładałam go także na wrażliwe partie twarzy, ładnie natłuszcza i może chronić np. przed mrozem. 

Tak przedstawia się styczniowa złota 6 :)

Znacie któregoś z moich ulubieńców ?

Stylizacja włosów z Goldwell Style Sign Natural / Just Smooth & Structure Me


Profesjonalne kosmetyki do pielęgnacji, czy stylizacji włosów przez długi czas leżały poza kręgiem moich zainteresowań. W momencie, gdy zdecydowałam się na radykalną zmianę fryzury (z długich na boba), pojawiły się też nowe potrzeby. Moim cienkim włosom wciąż brak objętości, w dodatku lubią się wywijać i puszyć, poszukiwałam więc produktów, które będą potrafiły je ujarzmić, podkreślić cięcie i jednocześnie nie będą obciążać. Ogólnie zależało mi, żeby codzienne układanie włosów było szybkie, a efekt końcowy trwały i naturalny.

Traf chciał, że właśnie w tym momencie odezwała się do mnie Pani Urszula ze sklepu Hairstore, z propozycją przetestowania dowolnego produktu z oferty. Po dokładnej analizie moich potrzeb, specjalistka sklepu zaproponowała mi kilka produktów, z których wybrałam lekki spray nadający strukturę. Jakiś czas później, zadowolona z działania sprayu, zdecydowałam się dokupić do niego nawilżające mleczko stylizacyjne, tak by mieć komplet.
Oba produkty stosuję od blisko 3 miesięcy, czas więc podzielić się z Wami moimi refleksjami.


                                         Kilka słów o linii Style Sign Natural                              

Nowa linia kosmetyków do wszechstronnej stylizacji włosów Goldwell StyleSign wyróżnia się innowacyjną technologią Flex Shine Protect i zastosowaniu skoncentrowanego elastomeru. Dzięki kompleksowej ochronie koloru włosów zabezpiecza przed utratą wilgoci i zewnętrznymi wpływami środowiska. Produkty StyleSign dzięki zawartości polimerów stylizujących wzbogaconych proteinami bambusa formują na włosach elastyczną powłokę uszlachetnioną ekskluzywnym Elastomerem. Powłoka ta zawiera dodatkowo tzw. Zintegrowany Kompleks Ochrony, składający się z filtrów UVA i UVB, panthenolu oraz neutralizatorów wolnych rodników, co daje rewelacyjny efekt stylizacyjny: gładkie, błyszczące fryzury, o naturalnym wyglądzie i elastycznym utrwaleniu.

Mleczko nawilżające Just Smooth

Puszące się włosy mogą kojarzyć z powiedzeniem "włosy stanęły dęba". Mówią krótko, są zdenerwowane. Trzeba zatem jest uspokoić. A najprostszym sposobem na ukojenie jest lekkie mleczko nawilżające eliminujące puszenie się włosów Goldwell StyleSign Natural Just Smooth. Dzięki jego właściwościom niesforne kosmyki są wygładzone, nie obciążone oraz chronione są przed wysoką temperaturą narzędzi fryzjerskich. Ten rodzaj stylizacji naturalnej jest tak subtelny, że praktycznie go nie widać. Oprócz tego włosy farbowane są dodatkowo chronione. 

Spray nadający strukturę

Łatwy w użyciu spray do naturalnej stylizacji fryzur. Dzięki technologii FlexShine, preparat rewelacyjnie zwiększa elastyczność i sprężystość włosów oraz chroni je przed wysoką temperaturą narzędzi fryzjerskich. Po jego zastosowaniu fryzura zachowuje swój kształt, nie tracąc jednocześnie nic ze swej naturalności. Szczególnie polecany do naturalnych fal i stopniowanych cięć. Idealny do odświeżenia stylizacji.

                                                         Moja opinia                                                     

Oba produkty zamknięte są w bliźniaczych buteleczkach o pojemności 150 ml, z wygodnym aplikatorem w formie psikacza. Opakowanie jest sprytnie wyprofilowane, dzięki czemu łatwo je chwycić. Końcówka rozpylająca działa sprawnie, rozpyla fajną i delikatną mgiełkę, nie pluje produktem, dzięki czemu jednorazowo zużywamy naprawdę niewielką ilość. Przekłada się to oczywiście na wydajność, która jest imponująca. Używam tych produktów średnio 4-5 razy w tygodniu od około 3 miesięcy (spray troszkę dłużej) i w obu zużycie sięga mniej więcej połowy. 

Szczerze mówiąc, zamawiając to mleczko, miałam pewne obawy. Spodziewałam się, że może być naładowane silikonami i nic poza tym. Okazuje się jednak, że jest dużo lepiej. Ok, skład może nie zadowoli włosomaniaczek, ale wg mnie jest całkiem niezły. Znajdziemy tu między innymi glicerynę, filtr UV, ekstrakt z Bambusa, maltodekstrynę (naturalna substancja kondycjonująca i odżywiająca włosy, uzyskiwana przez hydrolizę skrobii), witaminę B3, czy pantotenian wapnia. Dość wysoko pojawia się silikon, ale z gatunku tych łatwiej zmywalnych.


Jak mleczko działa na moje włosy ?

 Jest bardzo leciutkie, spryskane włosy zyskują odrobinę miękkości, łatwo się rozczesują, jednocześnie w żadnym stopniu nie są obciążone. Produkt zupełnie nie wpływa na szybsze przetłuszczanie się fryzury, co przy przetłuszczających się włosach jest istotne. To, czym mleczko mnie ujęło, to blask jaki nadaje włosom. Pięknie błyszczą, są miłe w dotyku i wyraźnie wygładzone. Niestety coś w składzie sprawia, ze przy codziennym stosowaniu, moja czupryna znów zaczyna się puszyć, dlatego robię sobie 1-2 dniowe przerwy (przy myciu 7 dni w tygodniu) i wówczas efekt jest bardzo zadowalający. Dodatkowo mleczko chroni przed działaniem wysokiej temperatury, więc używanie suszarki mi nie straszne. Oczywiście dobry stan moich włosów, to głównie zasługa świadomej pielęgnacji (delikatne szampony, olejowanie etc.), jednak mleczko pozwala mi zniwelować negatywne skutki codziennej stylizacji i za to bardzo je polubiłam. 

Ok, włosy umyte,rozczesane po ówczesnym zastosowaniu mleczka, lekko podeschły i co dalej ? 

Do akcji wkracza spray, bez którego nie wyobrażam już sobie układania włosów. Nie mam wielkiego doświadczenia jeśli chodzi o wszelkiego rodzaju utrwalacze, ale lakiery/lotiony zawsze kojarzyły mi się ze sztywnymi, szorstkimi i sklejonymi na skorupę hełmami ;) A tutaj nic takiego nie występuje.


Spryskuję nim lekko wilgotne włosy, głownie u nasady i grzywkę (na bok). Końcówki dodatkowo zabezpieczam kropelką jakiegoś serum (obecnie Jedwab Green Pharmacy). Następnie suszę chłodnym strumieniem powietrza  w kierunku przeciwnym niż docelowo włosy będą ułożone, na koniec układam na okrągłej szczotce. Efektem jest piękne odbicie u nasady, lekkość, blask i większa objętość! To jest największy plus tego produktu - sprawia, że moja czupryna (zwłaszcza w rejonie grzywki), wygląda na dużo bardziej gęstą, niż jest w rzeczywistości. Bomba dla rzadkich włosów. 
Jak widać, w składzie przoduje denat - to raczej norma w produktach do utrwalania fryzur. Z tego też względu sprayu nie stosuję na długość, a jak już wspomniałam, na włosy bliżej głowy. Nie zauważyłam żadnego negatywnego wpływu produktu na ich stan. Nie są ani przesuszone, ani połamane, nie straciły naturalnego połysku, dlatego przy rozsądnym użytkowaniu, nie musicie obawiać się o pogorszenie kondycji włosa.

Podsumowując, oba produkty mile mnie zaskoczyły i zapewniły mi możliwość osiągnięcia efektu, jak po wizycie u fryzjera. Jeśli już o tym mowa, będąc ostatnio u mojego fryzjera, zauważyłam, że korzysta on właśnie z tych produktów, dochodzi do tego jeszcze szampon i odżywka tej samej firmy - także już wiem, jak to się działo, że po wizycie u niego, zawsze miałam optycznie więcej włosów, niż zazwyczaj ;)


Dostępność: sklepy fryzjerskie, sklep hairstore.pl

Cena: ok. 35 zł za jeden produkt 150 ml / taki duet to koszt ok. 70 zł


Znacie kosmetyki tej firmy ?
Co sądzicie o profesjonalnych produktach do włosów ? 

Zobacz także:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...