I ja TAM byłam! Czyli szybkie zakupy w Rossmannie...


Ok, wcale nie były takie szybkie, ale satysfakcjonujące już tak. To nic, że żeby kupić to, co miałam w planach musiałam oblecieć 7 Rossmannów, a i tak nie dostałam wszystkiego. To nic, że widok jaki zastałam przy szafach, mógł przyprawiać o ciarki. To nic, że rozszalały tłum deptał mi po piętach i przepychał łokciami. Serio - Rzeszów oszalał, mieszkają tu chyba sami łowcy promocji. 
Dzisiaj, bogatsza o zeszłotygodniowe doświadczenia, wybrałam się do drogerii z dala od centrum, przed południem i zastałam tylko mały tłumek. Kupiłam com chciała, ale i tak boję się obniżek lakierowo-szminkowych ;)


Moja lista nie była długa, jednak potrzebowałam zarówno nowego podkładu, korektora, jak i pudru.
Początkowo chciałam Bourjois Healthy Mix i to właśnie za nim tyle się nabiegałam, niestety wszędzie został tylko numer 56, w porywach pojedyncze i macane 55, zadowoliłam się więc Healthy Mix Serum (31,61 zł) w idealnym dla mnie odcieniu 52 Vanille
Co do korektora, wybór był prosty, Rimmel Match Perfection (15,79 zł) kusił mnie od dawna. Zapowiada się naprawdę fajnie.


Do kompletu dla Healthy Mix Serum dobrałam puder Healthy Balance (20,90 zł) w tym samym odcieniu (tutaj drapnęłam ostatnią sztukę). Ogólnie produkty Bourjois cieszyły się ogromnym powodzeniem.
Poza listą skusiłam się na Mineralny róż Lovely w ciekawym i chłodnym odcieniu 06 (4,48 zł).


Z dziś rozpoczętej promocji przytargałam tylko dwa drobiazgi. Zwykle tani jak barszcz, a dzisiaj jeszcze tańszy, mój ulubiony tusz Lovely Curling Up Mascara (4,58 zł) oraz wielkie chciejstwo, którego nigdy dostać nie mogłam, czyli cielistą kredkę na linię wodną Max Factor w odcieniu 090 (15,29 zł).


Dodatkowo do koszyka wrzuciłam ukochaną odżywkę Garnier Awokado i Karite oraz kolejny żel pod prysznic Isana, tego nigdy dość.


Lakierowa kolekcja wzbogaciła się o 3 nowe nudziaki: GR Paris nr 11 i 12 oraz Wibo Express Growth nr 351. Któryś z nich wyląduje na moich paznokciach w dniu ślubu, najprawdopodobniej padnie na środkowy, czyli Golden Rose nr 12. GR to oczywiście zakup poza Rossmannem.


Niecierpliwie czekam na promocję przyszłotygodniową. Wśród szminek mam wiele chciejstw. Marzą mi się pomadki Bourjois Rouge Edition Velvet, kredka tej samej firmy w odcieniu Fuchsia Libre, nie pogardziłabym także kolejnymi odcieniami Maybelline Color Whisper, czy Eliksirami od Wibo
Wśród lakierów moje największe zainteresowanie wzbudza nowa kolekcja Rimmel by Rita Ora.


A co Wam udało się wrzucić do koszyka w ostatnim czasie ?
 A może zakupy dopiero przed Wami ?


Ebelin - Jajo/gąbeczka do makijażu


Pozostając w nieco świątecznym klimacie - będzie o jaju. Moim pierwszym. Nie znając tego typu produktów, nie odważyłam się na zakup oryginalnego BB, postawiłam zatem na gąbeczkę, która uznawana jest za dobry odpowiednik BeautyBlendera, czyli jajko do makijażu z Ebelin.


Nie pamiętam czy już o tym wspominałam, ale generalnie zawsze byłam przeciwniczką wszelkich akcesoriów do nakładania podkładów. Bardzo dawno temu miałam krótką i nieudaną przygodę z silikonowymi gąbeczkami i od tamtej pory stroniłam od wszystkich akcesoriów podkładowych. Świetnie radziłam sobie rękoma i nie czułam potrzeby żadnych zmian. 

Serum Long 4 Lashes - Efekty po 2 miesiącach stosowania



Pod postem z ulubieńcami marca kilka z Was prosiło o przygotowanie notki z efektami Serum przyspieszającego wzrost rzęs z Oceanic. Dzisiaj mijają dokładnie 2 miesiące stosowania, zapraszam więc na recenzję wraz z małą fotorelacją. 


Od producenta:

Sekretem nowego serum jest jego aktywny składnik – bimatoprost. W kosmetologii jest on obecnie uznawany za jeden z najbardziej skutecznych związków, które stymulują wzrost rzęs. Długość życia rzęs to 3 do 6 miesięcy - po tym okresie włoski wypadają. Co więcej, jedynie w 30 pierwszych dniach życia rzęs następuje ich wzrost – po tym czasie, w tak zwanej fazie stacjonarnej, rzęsa już nie rośnie. Udowodniono, że bimatoprost działa na rzęsy zarówno w pierwszej fazie – stymulując ich wzrost i zwiększając ich liczbę, jak i w drugiej fazie – przedłużając ich życie, dzięki czemu rzęs jest zawsze więcej.

Według producenta, pierwsze efekty (wzmocnienie i łatwiejsze rozczesywanie rzęs) powinny być widoczne po 3 tygodniach regularnego stosowania. Dla zaobserwowania pełnego efektu wydłużenia i zagęszczenia należy przeprowadzić pełną 6 miesięczną kurację. Po jej zakończeniu, dla podtrzymania efektu kuracji, stosować serum co drugi dzień. 


Skład:


Moja opinia:

Biały, schludny, z przyjemną dla oka szatą graficzną kartonik opatrzony jest wszystkimi niezbędnymi informacjami, od składu począwszy, poprzez krótki opis, obrazkową prezentację aplikacji, po datę ważności. Wewnątrz znajdziemy dokładną ulotkę oraz małą, 3 ml buteleczkę z aplikatorem przypominającym zwykły eyeliner.

Cała kuracja powinna trwać 6 miesięcy (przygotuję Wam wówczas aktualizację) i dokładnie na taki czas powinno wystarczyć jedno opakowanie. Nie jestem w stanie ocenić jaki jest ubytek produktu po 2 miesiącach stosowania.


Serum należy aplikować codziennie na noc, tylko wzdłuż linii górnych rzęs. Oczywiście skóra powinna być czysta, bez makijażu. Stosowanie jest bardzo łatwe i nie wydaje mi się, aby ktokolwiek mógł mieć z tym problem. Producent zapewnia, że produkt mogą bez obaw stosować osoby noszące na co dzień szkła kontaktowe, mające przedłużane/zagęszczane rzęsy, makijaż permanentny, po hennie, czy nawet po zakończonej chemioterapii. Wnioskować więc można, że jest delikatny i bezpieczny. Nie zaliczam się do żadnej z tych grup, jednak mogę "pochwalić" się wyjątkowo wrażliwą skórą w okolicach oczu, po kilku dniach stosowania serum zauważyłam wzrost wrażliwości skóry w tym miejscu (lekkie pieczenie np. podczas demakijażu). Trwało to maksymalnie do tygodnia czasu, późniejsze użytkowanie przebiegało i wciąż przebiega zupełnie bezproblemowo.

Składnikiem aktywnym jest tutaj tajemniczo brzmiący Bimatoprost, który ma wpływ na:

- grubość i długość rzęs, 
- zwiększenie ich ilości, 
- wzmocnienie kondycji rzęs, 
- pogłębienie ich naturalnego koloru. 

Oprócz tego w składzie znajdziemy też kwas hialuronowy, alantoinę i prowitaminę B5

Na jakiekolwiek efekty przyszło mi czekać trochę dłużej niż zapewniała ulotka, pierwszy miesiąc nie przyniósł właściwie żadnych zmian. Dopiero w trakcie mniej więcej 5 tygodnia zaczęłam zauważać różnicę w długości, początkowo pojedyncze rzęsy strzelały w górę, co wyglądało odrobinę komicznie, później reszta zaczęła je doganiać. Między 6, a 7 tygodniem właściwie po każdej nocy widziałam coś nowego. Zaczął zagęszczać mi się zewnętrzny kącik, włoski osiągnęły długość jakiej nigdy wcześniej nie udało mi się wyhodować. Jedyną niedogodnością jest ich lekka niesforność - wywijają się i zawijają, a na jednym oku 2-3 włoski rosną w dół, także bez grzebyczka ani rusz. Nie zauważyłam poglębienia ich naturalnej barwy, są takie jakie były. Ciężko mi odnieść się też do obietnic wzmocnienia, nigdy nie miałam problemu z wypadającymi rzęsami.

Starałam się zrobić ujęcia pod podobnymi kątami, ale nie jest to takie łatwe ;) Rzęsy są "gołe", bez tuszu.





Na koniec boczne ujęcie rzęs pomalowanych.


Ja tę różnicę widzę, mam nadzieję, że wy także dostrzeżecie. Liczę, że w kolejnych miesiącach rzęsy jeszcze się zagęszczą, nie pogniewałabym się gdyby też nadal rosły w górę. 


EDIT: TUTAJ efekty po 4 miesiącach.

Serum można kupić obecnie zarówno w Super-Pharm, Rossmanie jak i Hebe, jego koszt to ok. 80 zł w cenie regularnej oraz w granicach 50-65 zł w promocji.

Ulubieńcy #5 - Marzec 2014


Były zakupy, było denko, nie może zabraknąć też ulubieńców. Wyłonienie faworytów marca nie sprawiło mi większych problemów, gdyż to właśnie po poniższą szóstkę sięgałam najchętniej.


Kilku produktów używam od dłuższego czasu, ale dopiero ostatnie tygodnie spowodowały, że w pełni dostrzegłam ich potencjał i świetne działanie.


1. Barwa Ziołowa - Szampon Tatarako-Chmielowy

Moje włosy obecnie przeżywają kryzys, ledwo ogarnęłam skutki przesilenia jesiennego, a dopadło je wiosenne i znów lecą na potęgę. Wiele produktów im nie służy, a na ten szampon reagują wspaniale. Długo zachowują świeżość, są sypkie, nie puszą się, mimo, że jest ich niewiele, szampon ładnie odbija je od nasady i optycznie sprawiają wrażenie gęstszych. Ponadto, to jeden z niewielu produktów po którym czuję, że skóra głowy jest porządnie oczyszczona, a jednocześnie nie jest przesuszona, czy podrażniona. Choć w składzie znajduje się SLS używam go ostatnio codziennie, delikatniejsze szampony zwyczajnie nie dają sobie rady.


2. Schwarzkopf Schauma - Suchy szampon "Świeżość Bawełny"

Jego skuteczność śmiało mogę przyrównać do szamponów Batiste. Nie widzę zupełnie żadnej różnicy. Szampon bardzo przyjemnie pachnie, zazwyczaj nie zostawia białego nalotu na włosach, a jeśli już taki się pojawi, łatwo go wyczesać. Sprawia, że "dwudniowe" włosy znów wyglądają świeżo. Oczywiście efekt jest krótkotrwały, ale bardzo zadowalający. To taka moja deska ratunkowa, nie używam zbyt często, ale w nagłych przypadkach spisuje się wzorowo.


3. Sun Ozon - Samoopalacz w spray`u

Mam jasną cerę o chłodnym kolorycie oraz zasinienia pod oczami, gdy pojawia się pierwsze wiosenne słońce, wyglądam po zimie niczym zombie, dlatego muszę się odrobinę wspomagać. Znalazłam samoopalacz idealny! Używałam go sporadycznie przez całą zimę, a w marcu nawet do dwóch razy w tygodniu, głównie na twarz, dekolt i ręce. Po wieczornym demakijażu spryskiwałam twarz delikatną mgiełką i nic więcej nie robiłam, rano cera była lekko ożywiona, muśnięta kolorem - brązowym, nie pomarańczowym. Nie zauważyłam żadnych negatywnych skutków takiego stosowania w postaci np. wyprysków.
Ogólnie bardzo polubiłam go za "bezdotykową obsługę". Musimy zadbać tylko o równomierne spryskanie wybranego obszaru i chwilkę poczekać na wchłonięcie. Cena także jest atrakcyjna, wynosi ok. 9 zł.


4. Natura Siberica - Nawilżająca pianka do demakijażu

O moim zamiłowaniu do pianek wspominałam już wielokrotnie. Gdy przypadkowo trafiam na jakąś nową, nie mogę oprzeć się pokusie wypróbowania. Pianka Natura Siberica okazała się świetnym produktem do codziennego stosowania. Radzi sobie ze zmywaniem nawet mocniejszego makijażu, używam jej także do porannego mycia twarzy.
Jedynie w kwestii nawilżania mam drobne zastrzeżenia, tutaj mistrzem jest wg mnie pianka Decubal, która nie ma sobie równych.


5. Oceanic - Serum przyspieszające wzrost rzęs Long 4 Lashes

Niedługo miną równe dwa miesiące stosowania. W pierwszym nie działo się praktycznie nic, ale za to w drugim rzęsy zaczęły strzelać w górę, jak z procy. Szczerze mówiąc, nie bardzo wierzyłam w tego typu produkty, teraz wierzę. Efekt jest zdumiewający, nawet mój TŻ zauważył jak długie mam rzęsiska (swoją drogą, najpierw mnie opieprzył, podejrzewając, że przykleiłam sobie sztuczne :P)
Może przygotuje Wam post z efektami po dwóch miesiącach stosowania, jesteście ciekawe ?


6. Maybelline Color Tatoo - Cień w kremie 40- Permanent Taupe

Cienie w kremie nigdy nie sprawdzały się na moich tłustych powiekach, więc zupełnie nie ruszał mnie boom na Color Tatoo, do czasu, aż zrobiło się głośno o odcieniu nr 40, który nadaje się do podkreślania brwi. W takim właśnie celu go kupiłam i używam codziennie od blisko miesiąca. To bardzo chłodny odcień brązu z popielatymi tonami, który będzie pasował do wielu typów karnacji i kolorów włosów (z pominięciem bardzo ciemnych, rudawych i bardzo jasnych). Aplikacja nie jest najlżejsza, ciężko wprowadzić cień pomiędzy włoski, ale po kilku próbach można nabrać wprawy, wówczas efekt jest świetny. Kremowa konsystencja ładnie kondycjonuje i trzyma brwi na miejscu przez cały dzień. 



Miałyście może okazję poznać którąś z tych pozycji ?

HexxBOX - Poznaj i testuj z 1001 pasji! Lumene - Rozświetlający krem pod oczy Bright Now Vitamin C

O HexxBoxie słyszał już chyba każdy, kto na co dzień obraca się w blogowym świecie. Jeśli jednak akcja jest Wam obca, na blogu 1001 pasji znajdziecie wszystkie szczegóły.


Kilka miesięcy temu, właśnie w ramach HexxBoxa, otrzymałam do testów Rozświetlający krem pod oczy Bright Now Vitamin C firmy Lumene. To, że Asia wybrała mojego bloga było dla mnie dużym zaskoczeniem i wyróżnieniem zarazem :) 

Z recenzją zwlekałam dość długo, chciałam zużyć krem do końca - to raz, a dwa - czekałam na przyjście wiosny, aby sprawdzić jak podoła w pielęgnacji moich podrażnionych przez alergię oczu.


                                                   Od producenta:                                                    
Zawiera ekstrakt z maliny moroszki oraz kapsułki witaminy C.
Nawilża i chroni skórę przed szkodliwym działaniem środowiska. Pigmenty skutecznie rozświetlają dając efekt świeżego, promiennego spojrzenia. Dzięki zawartości witaminy E zapobiega powstawaniu i wpływowi wolnych rodników w komórkach oraz poprawia mikrokrążenie w skórze. Bezzapachowy. Wolny od parabenów, olejów mineralnych i syntetycznych barwników.
                                                          Skład:                                                             


                                                        Moja opinia:                                                     

Niewielkie kartonowe pudełeczko, zabezpieczone hologramem, skrywa w sobie małą, 15 ml tubkę z miękkiego tworzywa. Karton, choć w całości anglojęzyczny, opatrzony jest naklejką od polskiego dystrybutora, na której znajdziemy najważniejsze informacje.
Krem dedykowany jest dosyć szerokiej grupie odbiorców, producent sugeruje przedział od 20 do około 50 roku życia, oczywiście wszystko jest kwestią bardzo indywidualną i zależy od stanu naszej skóry i jej potrzeb. 


Tubka wyposażona na końcu w bardzo wygodny aplikator. Zwężony dzióbek pozwala dozować jednorazowo niewielkie porcje kremu, dzięki czemu produkt nie marnuje się i starcza na dłużej. Jeśli już jestem przy wydajności, warto o niej wspomnieć. Ta mała, 15 ml tubeczka starczyła mi na bite pół roku codziennego używania (przeważnie 2 x dziennie). Możecie mi wierzyć, że nie skąpiłam jeśli chodzi o nakładaną ilość, a on był i był i był. 
Do niewątpliwych plusów mogę zaliczyć przyjemną konsystencję, jest kremowa, niezbyt gęsta, ładnie się rozprowadza i wchłania, ale pozostawia delikatną i lekko wyczuwalną warstewkę, co akurat ja bardzo lubię. Całe szczęście, krem nie posiada w sobie żadnych rozświetlających drobinek, jest zupełnie czysty.


Moja skóra wokół oczu liczy sobie 27 wiosen, ma tendencje do przesuszania, ponadto jako alergik mam ogromne problemy z łzawiącymi kącikami, a przez to także z zaczerwieniami oraz podrażnieniem tych rejonów. Dodatkowo borykam się ze sporymi zasinieniami. Znalezienie dobrego kremu nie jest tak prostą sprawą, zwykłe nawilżacze nie są już dla mnie wystarczające, stawiam na produkty wielozadaniowe. 

Czy Lumene podołał moim oczekiwaniom ? I tak i nie.

Krem jest bardzo delikatny, nie podrażnia nawet tak wrażliwych oczu jak moje, nie powoduje pieczenia jeśli nałożymy go na obszary zaczerwienione. Konsystencja kremu jest na tyle lekka, że świetnie nadaje się pod makijaż, jednak nałożony zbyt obficie może powodować rolowanie korektora - to kwestia wyczucia produktu. 
Po kilku tygodniach stosowania zauważyłam jakąś zmianę, ale początkowo nie skojarzyłam w czym rzecz, dopiero po jakimś czasie załapałam - cienie pod oczami zmalały, w moim przypadku wyraźnie, co znacznie poprawiło ogólny wygląd całej twarzy. Nie wydaje mi się, aby za taki stan rzeczy odpowiedzialne były inne czynniki, w czasie stosowania kremu nie zmieniałam pielęgnacji ani sposobu odżywania, nie stosowałam też dodatkowych suplementów, także coś jest na rzeczy. Nie mogę powiedzieć, że cienie zniknęły zupełnie, są nadal, jednak największą różnicę widzę podczas robienia makijażu. Obecnie wystarczy mi jedna normalna warstwa korektora pod oczy, gdy w najgorszych momentach potrzebowałam konkretnej szpachli. 
Przeważający okres stosowania przypadał u mnie na przełomie jesieni-zimy oraz wczesną wiosnę. Niestety krem nie do końca radził sobie z zapewnieniem skórze odpowiedniej dawki nawilżenia. Brakowało mi tego zwłaszcza nocą, nie pomagała nawet grubsza warstwa, rano wiało suszą. Natomiast w momencie, gdy na zewnątrz zrobiło się cieplej, wzrosła wilgotność, a w domu nie korzystaliśmy już tak często z centralnego ogrzewania, było dużo lepiej, choć nadal nie na tyle, bym mogła go określić mianem kremu uniwersalnego na dzień i na noc.

Problem zmarszczek dotyczy mnie w małym stopniu, a że byłam bardzo ciekawa jak krem sprawdziłby się na dojrzalszej skórze, skorzystałam z kilkudniowej wizyty mamy, która jest 50+ i testowałyśmy jego skuteczność. Skóra pod oczami u mojej rodzicielki jest już nieco wiotka, ma także trochę zmarszczek mimicznych i tutaj krem super poradził sobie nawet stosowany doraźnie. Nałożony solidną warstwą, momentalnie się wchłaniał i dawał optyczny efekt naprężenia i wygładzenia skóry. Biorąc jednak pod uwagę jego nie najlepsze możliwości nawilżające, myślę, że na dłużą metę i w tym wypadku mógłby się nie sprawdzić. 

Podsumowując, określiłabym ten produkt jako krem na dzień na okres okres wiosenno-letni dla skóry mniej wymagającej. Wydaje mi się, że u osób w wieku 20-25 działanie byłoby w pełni wystarczające, dla tych w okolicach 30 (i wyżej) może być zbyt słaby w kwestii nawilżania.

Cena: ok. 55 zł
Dostępność: sklepy internetowe, np. igruszka 

Znacie krem Lumene ? 
A może macie jakieś doświadczenia z innymi produktami pielęgnacyjnymi tej firmy ?

Garstka kosmetycznych nowości


W marcu nie szalałam zanadto z zakupami, jednak w ciągu ostatnich tygodni do mojej kosmetycznej gromadki dołączyło kilka ciekawych produktów. Większość nowości to produkty z wish listy, która mimo realizacji, wciąż się wydłuża...


Wczoraj skorzystałam z 10% zniżki, którą Rossmann przygotował dla użytkowników portalu Rossnett. Niby 10% to niewiele, ale jeśli dołożyć do tego aktualne promocje, ceny okazywały się bardzo przyjemne.

Najbardziej cieszy mnie duet do włosów John Frieda, o serii Brilliant Brunette naczytałam się w samych superlatywach i miałam w planie wypróbować już dawno, jednak cena (ok. 35 zł za szt.) nie zachęcała, aby spieszyć się z zakupami. Aktualnie w Rossmannie trwa promocja na wszystkie produkty marki, szampony i odżywki są w cenie 19,99 zł, odejmując od tego rzeczone wcześniej 10% wychodzi 17,99 zł/szt.
 mamy więc praktycznie 2 w cenie 1.
Miałam ochotę również na serię Luxurious Volume, niestety nie było.


Udało mi się w końcu trafić na olejek pod prysznic Isana o niezwykle apetycznym zapachu melona i gruszki (całe 2,24 zł). Za taką cenę chętnie wzięłabym ze 2 szt. na zapas, ale wszystkie ciekawe i ładne zapachy były już wymiecione.
Wciąż męcząc się z przyklapniętymi włosami postanowiłam wypróbować piankę, może ona choć częściowo rozwiąże moje problemy ? Wybrałam wersję nadającą objętości z Isany
miałyście okazję korzystać z tych pianek ? Jestem ciekawa, czy są cokolwiek warte.

Gąbeczki do mycia twarzy Calypso są moim punktem obowiązkowym, bardzo polubiłam taką formę wieczornego demakijażu.
Na koniec do koszyka powędrowały plastry z woskiem do depilacji, lato w drodze, więc taka rzecz zawsze się przyda.


W lokalnej zielarni, przy okazji uzupełniania zapasów oleju lnianego, wzięłam na próbę dwa produkty Go Cranberry, które zbierają w sieci wręcz rewelacyjne noty. Wybrałam Intensywnie nawilżające serum przeciwzmarszczkowe na noc i Odżywczo wygładzający krem pod oczy. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy, to pojemność kremu pod oczy i jego data ważności - 30ml kremu w 3 miesiące ? Niemożliwe do zużycia, trzeba będzie wklepywać go też w inne obszary ;) 

Lakier do włosów Schwarzkopf Volumania (kolejny wspomagacz objętości) jest szeroko zachwalany na YouTube, użyłam go już kilka razy i nie jestem zadowolona. Robi na głowie straszną skorupę. Może przy grubszych włosach sprawdziłby się lepiej, ale na moich pierzach nie bardzo.


Dwie iście wiosenne nowości z kolorówki. Maybelline Dream Touch Blush, czyli róż w musie/kremie. Mój kolor to 02 Peach, który jest fantastyczny dla jasnej karnacji. Ogólnie jestem zachwycona tym produktem, pięknie się aplikuje i rozciera, można uzyskać bardzo subtelny efekt nie mając żadnej wprawy. 
Do różu dobrałam sobie pomadkę Maybelline Color Whisper w odcieniu 430 Coral Ambition, to już moja 3 szminka z tej serii, uwielbiam je.


Nowe płyny micelarne Green Pharmacy pokazywałam Wam już na FB, otrzymałam je do testów od Klubu Elfa Pharm. Płyny dostępne są w dwóch wersjach: owies i rumianek, występują w dwóch pojemnościach: 250 oraz 500 ml, są bardzo przystępne cenowo i zapowiadają się obiecująco. Rumianek już wzięłam w obroty, za jakiś czas z pewnością pojawi się recenzja.


Kolejna, piąta już przesyłka od L`Occitane w ramach Akademii Zmysłów. Tym razem padło na linię Migdałową, w paczce znalazłam:

- Migdałowy olejek pod prysznic,
- Migdałowe mydełko złuszczające,
- Masażer,
- Migdałowy krem do rąk (2 x 10 ml)
- próbki Mlecznego koncentratu do ciała

W moim odczuciu to jedna z lepszych paczek do tej pory, masażer jest rewelacyjny, już dawno chciałam sobie taki sprawić.


Całość zapakowana była oczywiście w piękne pudełko, które nie załapało się na zdjęcia.

To już wszystko. W kwietniu nie planuję więcej żadnych zakupów, skupiam się teraz na dopinaniu ślubu na ostatni guzik, a to skarbonka bez dna, mimo nie organizowania wesela koszty i tak są spore. Zostało jeszcze 25 dni, zaczynam odczuwać lekki stres ;)

Pozdrawiam Was i życzę miłej końcówki weekendu :*

Marcowe denka 2014


Marzec był miesiącem, w którym regularne zużywanie moich kosmetycznych zbiorów, to szczerze mówiąc ostatnia rzecz, o której myślałam. Miałam trochę osobistych zawirowań, przez co pielęgnacyjne rytuały ograniczałam raczej do koniecznego minimum, na resztę nie miałam energii ani ochoty. Widać to po denku, które jest z gatunku tych skromniejszych.


Standardowo lecimy po kolei:


1. Palmolive - Mydło w płynie Black Orchid

Ta kompozycja zapachowa niezwykle przypadła mi do gustu, delikatna, lekko kwiatowa, niezbyt słodka, generalnie bardzo przyjemna. Lubię mydła Palmolive, nie wysuszają skóry rąk, są wydajne i dostępne w wielu wariantach, dzięki czemu nie jesteśmy skazani na rutynę. 
Akurat mydła do rąk idą u mnie jak woda, więc opakowania uzupełniające są dużo korzystniejszą opcją.

Z pewnością kupię ponownie, tym razem mam jednak ochotę na coś orzeźwiającego.

2. Dove - Antyperspirant GoFresh Ogórek i Zielona Herbata

Jedna z moich ulubionych wersji, zapewnia świeżość i lekkość, nie gryzie się z zapachem perfum. Zauważyłam, że w każdym denku pojawia mi się antyperspirant! Albo ja je nadmiernie wypryskuję, albo one są piekielnie niewydajne ;) Chyba z powrotem przerzucę się na kulki.

Kupię ponownie.

3. Balea - Kremowy olejek pod prysznic z olejem marula (?) oraz proteinami mlecznymi

Pokochałam ten produkt. Za zapach, za działanie, za wszystko! Bardzo delikatny aromat, gęsta konsystencja, pięknie się pieni, pozostawia skórę miękką i gładką, ale nie na tyle, by pominąć balsamowanie. Z tego co się orientuję, jest jeszcze dostępny w wersji pistacjowej, którą wypróbowałabym z wielką przyjemnością. 

Jeśli tylko będę miała okazję na ponowne zakupy w DM, chętnie kupię ponownie.


4. Biochemia Urody - Tonik mleczny AHA 8%

To mój drugi tonik z BU, o pierwszym PHA 6% możecie poczytać tutaj. O ile kwasy polihydroksylowe służyły mi bardzo dobrze, tak tonik mleczny nie przekonał mnie do siebie. Wydawało mi się, że będzie odrobinę mocniejszy od PHA, przez co i skuteczniejszy. Okazało się, że nie bardzo. Tonik gorzej radził sobie ze złuszczaniem, nie niwelował suchych skórek na nosie, czy w okolicach brwi (z czym zmagam się notorycznie). Odrobinę podrażniał też obszary naczynkowe, więc musiałam ograniczać jego stosowanie do czoła, nosa i brody. Zużyłam go, bublem nazwać nie mogę, ale więcej wracać nie będę.

Nie kupię ponownie.

5. Pharmaceris - Nawilżający fizjologiczny żel do mycia twarzy

Doskonały żel, miałam go z wymiany i bardzo się z tego cieszę, bo sama pewnie nie zdecydowałabym się na zakup, a tak miałam okazję poznać świetny produkt. Sprawdzi się przy każdym typie cery, delikatnie oczyszcza twarz, bez problemów zmywa resztki makijażu, nie podrażnia oczu. Co najważniejsze - nie ściąga skóry.

Kupię ponownie.

6. Facelle - Żel do higieny intymnej Sensitive

Pisałam o nim już nie raz przy okazji denek, ale warto byłoby poświęcić mu odrębną recenzję. To jest moje objawienie, ulubieniec wszech czasów, zużyłam już wiele butelek i wiele jeszcze zużyję.
Używam go głównie do włosów, ale do ciała nadaje się równie dobrze.

Kupię ponownie.


7. Lumene - krem pod oczy Bright Now Vitamin C

Testowałam go w ramach Hexx`boxa, nie będę pisać o nim teraz zbyt dużo,  po weekendzie pojawi się pełna recenzja. Z ostateczną oceną czekałam długo, ale dzięki temu przewałkowałam go wzdłuż i wszerz. 
Jedyne o czym teraz wspomnę to wydajność, stosowałam go codziennie przez blisko pół roku! Szok.

8. Balea - Maska Urea SOS

Nie kosztowała nawet 1 euro i jej działanie właśnie tyle jest warte. Taka sobie maska, która za wiele nie robi. Ani nie pomaga, ani nie szkodzi. 

Nie kupiłabym ponownie.


Na koniec dwie maski w saszetkach:

Macrovita - Wzmacniająca maska regenerująca

Typowo proteinowa maska, a że moje włosy ich nie lubią, to kompletnie się u mnie nie sprawdziła.

Mythos - Maska olive extract + honey

Z kolei ta maska wydała mi się świetna, pomyślę nad zakupem.

Ok, z marcem jestem rozprawiona, zabieram się za kwietniowe zużywanie.

PinkJoy - z ziemi włoskiej do Polski, czyli mój pierwszy box i krótkie przemyślenia

Wszelkiego rodzaju boxy (spośród dostępnych na naszym rynku) nigdy specjalnie mnie nie pociągały, wizja wydawania blisko 50 zł i otrzymywania w zamian czegoś, co przeważnie ani nie należy do marek selektywnych, luksusowych, czy ciężko dostępnych, nie stanowiła dla mnie żadnej pokusy. Z PinkJoy jest odrobinę inaczej, jego zamierzeniem jest przybliżenie nam kosmetycznych ciekawostek z różnych części świata i to przekonuje mnie dużo bardziej, dlatego zdecydowałam się spróbować i zamówiłam swoje pierwsze pudełeczko w życiu. 

To trzecia odsłona wciąż świeżego PinkJoy, dwie pierwsze dotyczyły Rosji, tym razem kampania przewidywała produkty wprost ze słonecznej Italii


Box dotarł wczoraj, odczucia mam mieszane. Spodziewałam się nieco innej zawartości skupionej bardziej na pielęgnacji, np. jakieś produkty z oliwą z oliwek, bo to właśnie oliwki jednoznacznie z Włochami mi się kojarzą. Z drugiej zaś strony, produkty w boxie wydają się całkiem interesujące, dają możliwość poznania trzech dotąd obcych mi marek, jest i kolorówka i pielęgnacja i coś do paznokci, czyli dla każdego coś miłego.


Strona wizualna stanowi przyjemny widok dla oka, jednak miło byłoby gdyby opakowanie nawiązywało choć w małym stopniu do aktualnej kampanii. Może wstążka w barwach Włoch lub 3 kolory papieru w środku - cokolwiek, co zespoliłoby pudełeczko z zawartością. 


W boxie znalazłam 6 produktów, cztery pochodzące z Włoch, dwa pozostałe to tzw. "polskie produkty na światowym poziomie". Jedną połowę stanowią kosmetyki pełnowymiarowe, drugą zaś miniprodukty.


Dwa produkty Omnia Botanica wydają się najciekawsze i wzbudzają we mnie szczere zainteresowanie, troszkę poszperałam w sieci i dowiedziałam się, że:

"Ideą do stworzenia serii Omnia Botanica było skomponowanie wyłącznie ekologicznych kosmetyków z wykorzystaniem naturalnych komponentów, które zapewniają doskonałą i kompleksową pielęgnację naszej skóry oraz włosów.Jeżeli cenisz sobie dobroczynne właściwości natury, to właśnie z myślą o Tobie we włoskich laboratoriach powstała w 100 % naturalna, ekologiczna seria kosmetyków Omnia Botanica. Najwyższej jakości linia kosmetyków łącząca działanie aktywnych składników z tradycyjną metodą pozyskiwania ich z roślin, kwiatów i ziół"

1. Omnia Botanica - Energetyzujący żel do mycia ciała "Mięta i róża" 
(produkt pełnowymiarowy)


Odświeżający i cudownie odprężający żel do codziennej kąpieli. Nowoczesna formuła delikatnie myje, nawilża oraz zmiękcza skórę. Kompleks w pełni naturalnych składników sprawia, że możesz rozkoszować się miękką i aksamitną pianą. Wykazuje działanie ochronne i przeciwzapalne, a dzięki zawartości dzikiej róży uelastycznia i rozjaśnia skórę, nadając jej piękny, naturalny koloryt. Doskonały do każdego rodzaju skóry.

Zapachowo mi pasuje, delikatny i świeży, choć ja mięty tam nie wyczuwam, być może ujawni się podczas użytkowania. Generalnie żel pod prysznic jest u mnie zawsze mile widziany, także ta pozycja mnie zadowala. Spójrzcie jak opakowanie pięknie komponuje się z moim tłem :D


Pojemność: 200 ml Cena: ok. 23 zł

2. Omnia Botanica - Odżywczo nawilżający krem do twarzy z organicznym olejem arganowym
(miniprodukt)



Krem rokuje bardzo, bardzo dobrze, aż żal, że jest to tylko saszetka, a nie choćby mini słoiczek z połową pierwotnej zawartości. Jednak 10 ml spokojnie wystarczy nawet na kilkanaście aplikacji, nie czepiam się więc i cieszę możliwością wypróbowania.


Pojemność: 10 ml  Cena: 11,68 zł


Kolejne dwa produkty pochodzą z firmy Miss Broadway. Z mojego mini- wywiadu wynika, że jest to przystępna cenowo i całkiem popularna we Włoszech marka oferująca głównie kolorówkę. Podoba mi się fakt pakowania kosmetyków w blistry, dzięki czemu mam pewność, że otrzymuję nietykaną wcześniej zawartość.

3. Miss Broadway - Płynny eyeliner w pędzelku 
(produkt pełnowymiarowy)


Akurat nie mam żadnego eyelinera w pędzelku, więc ucieszyłam się z niego i natychmiast otworzyłam by wypróbować. Co mogę powiedzieć ? Dosyć rzadki, jednocześnie czerń jest naprawdę ładnie nasycona, dodatkowo pędzelkiem łatwo się operuje, nie jest ani zbyt twardy, ani za miękki. Liner posiada jedną wadę, łatwo go zmyć nawet samą wodą, przez co pewnie nie sprawdzi się przy moich wiecznie łzawiących oraz podrażnionych przez alergię oczach. Będę testować i zobaczymy.

Pojemność: 6ml  Cena: 27,50 zł

4. Miss Broadway Nail Lab - Płynny wysuszacz w zakraplaczu 
(produkt pełnowymiarowy)


Wysusza lakier do paznokci w 60 sekund (5 minut do całkowitego wyschnięcia przy dwóch warstwach lakieru)


Mam już swoich ulubieńców w tej kategorii, jestem fanką produktów wielozadaniowych, które przyspieszają wysychanie, utwardzają i nabłyszczają jednocześnie, jednakże chętnie wypróbuję coś nowego. Nie miałam jeszcze do czynienia z taką formułą produktu.

Pojemność: 9 ml  Cena: 31 zł

Ostatnie dwie pozycje pochodzą już z Polski, to próbki marki The Secret Soap Store, z którą nie miałam jeszcze okazji się zapoznać:

- Krem do rąk Shea Line - gorzka czekolada i pomarańcza (próbka 4 ml)
- Mydełko w kostce mandarynka i bergamotka (próbka 10 gram)


Ich wartości nawet nie będę liczyć, gdyż są to groszowe sprawy - to raz, a po drugie, próbki "not for sale" to raczej nie to samo, co mini produkty, a takim mianem zostały one szumnie określone ;)

Ogólna wartość boxa to ponad 90 zł

Na koniec miły akcent w postaci tajemniczego rulonika...


...który okazał się być przepisem na pyszną Panna Cottę :)


Tak obiektywnie patrząc, całość prezentuje się fajnie, jednak euforii we mnie nie wzbudza. Być może sytuacja ulegnie zmianie, gdy zapoznam się bliżej z każdym z produktów, tymczasem włoski box oceniam na solidną czwóreczkę.

Czy zamówię PinkJoy w przyszłości ? Z pewnością będę oczekiwała na zapowiedź nowej kampanii, ciekawi mnie na jaki region padnie tym razem. Możliwe, że skuszę się jeszcze na jakieś pudełko, dam ekipie PinkJoy czas na pełne rozwinięcie skrzydeł, bowiem potencjał jest ogromny.


A jak Wam podoba się zawartości włoskiego PinkJoy ? 

Zobacz także:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...