Czerwcowe denka 2014



Chociaż raz będę punktualna i podsumuję zużycia w ostatnim dniu miesiąca ;) Mój denkowy koszyczek zapełnił się w 100%, ograniczanie zapasów idzie świetnie, człowiek od razu czuje się mniej przytłoczony. 
Powiem Wam, nie spodziewałam się, że ban na kosmetyczne zakupy będzie przebiegał tak gładko. W czerwcu nie kupiłam zupełnie niczego nadprogramowego, a jedyne szaleństwo na jakie sobie pozwoliłam, to zestaw pędzli z eBaya, ale tych akurat u mnie deficyt. Jest dobrze!


Tradycyjnie lecimy po kolei:


1. Linda - Kremowe mydło w płynie

Przyjemna kompozycja zapachowa, bardzo niska cena i zupełnie standardowe działanie. Nie doszukuję się głębszej filozofii w produktach do mycia rąk, ma myć i nie wysuszać rąk na wiór, a Biedronkowe mydełko te wymagania spełnia.

Aktualnie w użyciu mam dwie inne wersje Tutti Frutti i Fresh Fruit.


2. Omnia Botanica - Energetyzujący żel do mycia ciała mięta i róża

Żel pochodzi z włoskiej edycji Pink Joy`a. Opakowanie ma śliczne i to właściwie jedyne czym się wyróżnia. Sam żel to nic specjalnego, rzadki, o przeciętnym zapachu. Na plus całkiem przyjazny skład.

Nawet gdybym miała możliwość, nie zdecydowałabym się na ponowny zakup.


3. Isana - Żel pod prysznic Violet Passion

Kolejny żel Isany zaliczony. Tym razem kąpiele uprzyjemniał mi bardzo sympatyczny, świeży, porzeczkowy zapach. 

Będę do niego wracać.


4. The Body Shop - Masło do ciała Orzech brazylijski

Wyśmienite masełko o świetnym działaniu. Pełnej recenzji nie doczekało, ale poświęciłam mu kilka słów w kwietniowych ulubieńcach.

Kupię ponownie.


5. Pat&Rub - Otulające masło do ciała

O serii otulającej pisałam wczoraj, chętnych zapraszam do lektury tutaj. W dużym skrócie: zapach kompletnie mi nie podszedł i czuję się nim troszkę zawiedziona, natomiast działanie zadowala mnie w zupełności. Uwielbiam za konsystencję, wchłanianie i właściwości pielęgnacyjne.

Tej wersji już nie kupię, ale inne wypróbuję z wielką chęcią.


6. Goldwell - Nawilżające mleczko stylizacyjne Style Sign Natural

Lekki produkt idealny dla cienkich i rzadkich włosów, który ochroni je przed działaniem wysokiej temperatury suszarki. Nadaje włosom ładny blask i lekko je wygładza. Szerzej o produkcie pisałam tutaj.

Być może kiedyś do niego wrócę, teraz chciałabym wypróbować mgiełkę Tresemme.


7. L`Oreal - Farba do włosów Casting Creme Gloss

Zrobiłam sobie małą przerwę od farby Herbatint, ale będę do niej wracała z podkulonym ogonem. Niby Casting jest z gatunku tych łagodniejszych, jednak różnica w kondycji włosów po koloryzacji jest ogromna, oczywiście na korzyść Herbatint.

Nie wykluczam, że jeszcze będę po nią sięgać, ale raczej w awaryjnych sytuacjach.


8. Shauma - Suchy szampon Świeżość Bawełny

Pisałam o nim w notce poświęconej marcowym ulubieńcom

Kiedyś jeszcze do niego wrócę, aktualnie przeżywam fascynację Batiste do włosów brązowych.


9. Receptury Babuszki Agafii - Ziołowy tonik przeciw wypadaniu.

Kolejny produkt, o którym wspominałam w ramach ulubieńców - o tutaj. To moja druga butelka, w działaniu nic się nie zmieniło. Pomaga mi opanować wypadanie włosów w naprawdę kryzysowych sytuacjach.

Kupię ponownie.


10. Isana - Zmywacz do paznokci

Ulubiony, kupuję zamiennie z wersją zieloną i oba służą mi świetnie. Radzą sobie z każdym lakierem i każdą strukturą.

Kupię ponownie.


11 i 12. Himalaya Herbals - Pasty do zębów Complete Care i Sensi-Relief

Wypróbowałam już chyba wszystkie dostępne wersje, wszystkie lubię, ale moją ulubioną nadal pozostaje Sparkly White. Sensi-Relief polecam osobom z problemem nadwrażliwych zębów i dziąseł, pasta bardzo skutecznie radzi sobie z tym problemem. Ogólnie pasty Himalaya są warte uwagi, zastanawiam się nad osobną notką na ich temat, byłybyście zainteresowane taką tematyką ?

Kupię ponownie.



To by było na tyle. Jak tam Wasze dna w tym miesiącu ?


Pat&Rub Linia Otulająca | Masło do ciała i Balsam do rąk



Seria Otulająca Pat&Rub przewijała się na moich zakupowych listach od miesięcy, czułam się mocno skuszona lekturą powielających się ochów i achów dotyczących walorów zapachowych. Pielęgnacyjnych także, ale to głównie wizja ciepłego, otulającego zapachu z lekką i świeżą nutą skłoniła mnie do zakupu. Korzystając z jakiejś okazjonalnej zniżki, zdecydowałam się na zakup, wybrałam masło do ciała i balsam do rąk płacąc kolejno około 49 zł za masło i 38 zł za balsam. Był to mój debiut, jeśli chodzi o pielęgnację do ciała tej firmy.

O piękny aromacie, czemuś skalany tak brzydką cytryną ?! Rzec by się chciało na początek. Znajomość z tym duetem przebiegała nam w iście słodko-gorzkiej atmosferze i jak się już pewnie domyślacie, ta słodka część nie dotyczyła wcale zapachu.


Karmel + cytryna + wanilia, brzmi rozkosznie. Niestety już przy pierwszym kontakcie wiedziałam, że to nie moja bajka. Spodziewałam się zupełnie czegoś innego, a zostałam brutalnie sprowadzona na ziemię mocnym aromatem zalatującej chemią cytryny. Wielka szkoda, bo zapach ma w sobie ogromny potencjał, jest słodki ale nie mdlący, tło stanowi lekki ciasteczkowo-waniliowy aromat, który delikatnie utrzymuje się na ciele. Gdyby cytryna była nieco bardziej wyważona, mniej przypominała zapachy do toalet, a bardziej tartą cytrynową skórkę - byłoby idealnie. Niestety w tym wydaniu do mnie nie trafia.
Wiem, że seria otulająca ma wiele zwolenniczek, kwestia odbioru zapachów jest bardzo, ale to bardzo indywidualna, dlatego przed zakupem warto wybrać się np. do Sephory i obwąchać dostępne warianty. Aktualnie to wiem, wcześniej jakoś na to nie wpadłam ;)


Teraz będzie już tylko pozytywnie, bo oprócz zapachu nie mam tym produktom absolutnie nic do zarzucenia.

Masło zamknięte jest w klasycznym, 250 ml słoiku z zakrętką, zaś balsam do rąk w 100 ml opakowaniu z pompką typu air-less. Bardzo lubię tego typu rozwiązania, bo dają możliwość zużycia produktu do ostatniej kropelki. Moje egzemplarze mają jeszcze adnotację o edycji limitowanej, jednak seria ta na stałe weszła już do asortymentu firmy.

Przy pierwszym kontakcie z masłem zaskoczona byłam jego konsystencją, która ani trochę maślana nie jest. Lekka i kremowa, świetnie się nakłada, rozprowadza i wchłania. W składzie znajdziemy same dobra: masło shea, kakaowe, oliwkowe, olej babassu, squalane, witaminę E, roślinną glicerynę i ten nieszczęsny ekstrakt z cytryny, który psuje mi tę kompozycję. Wszystkie surowce mają certyfikat ekologiczny i są pochodzenia naturalnego, co zapewnia nam pielęgnację na wysokim poziomie i tłumaczy fakt wyższej ceny. Po użyciu moja sucha skóra przez długi czas jest miękka, wygładzona i odpowiednio nawilżona, masło nie pozostawia po sobie żadnej tłustej warstewki, dzięki czemu świetnie będzie sprawdzało się nawet latem.

Balsam do rąk jest równie bogaty w naturalne składniki: olej słonecznikowy, masło awokado, masło z oliwek, kwas hialuronowy, witamina E i znów ekstrakt z cytryny. Niezbyt gęsta konsystencja pozwala nakremować ręce ilością odpowiadającą jednemu naciśnięciu pompki. Moje dłonie mają tendencje do miejscowych przesuszeń, czasem dodatkowo podrażniają mnie różne detergenty, a balsam Pat&Rub świetnie sobie ze wszystkim radzi. Koi, nawilża i łagodzi wszelkie podrażnienia, jest idealny do codziennego stosowania, pozostawia po sobie bardzo delikatną otoczkę, która daje uczucie komfortu i odżywienia. Muszę jeszcze na chwilkę wrócić do zapachu, tutaj ta cytryna jest trochę ostrzejsza niż w maśle, przez co męczy mnie jeszcze bardziej i zniechęca do częstszego korzystania. Niestety.



Podsumowując, właściwości pielęgnacyjne jak najbardziej tak, zapach zdecydowane nie. Wiem już, że wszelkie warianty z cytryną u mnie odpadają, mam natomiast wielką ochotę wypróbować serię rozgrzewającą i zimą pewnie się na nią skuszę. W zapasach czeka na mnie jeszcze linia Home SPA, mam nadzieję, że będzie przyjaźniejsza dla mojego nosa ;)

Miałyście okazję poznać tę serię ? Jeśli tak, jakie są Wasze odczucia ? A może dopiero przymierzacie się do zakupów ?

The Body Shop Facial Buffer | Peelingująca gąbeczka do twarzy


Złuszczanie martwego naskórka na mojej problematycznej cerze zawsze przysparzało mi trochę zmartwień. Ze względu na kruche naczynia krwionośne odpadały, rzecz jasna, wszelkie peelingi mechaniczne, o eksfoliacji mocniejszymi kwasami także mogę zapomnieć, a peelingi enzymatyczne nie zawsze sobie ze wszystkim radziły. Moim największym utrapieniem były suche skórki - między brwiami, na skrzydełkach nosa, na policzkach, czasami też na brodzie, generalnie wszędzie. Potrzebowałam czegoś do codziennego stosowania, co pozwoli mi pozbyć się tego kłopotu raz na zawsze. Z pomocą przyszła gąbeczka peelingująca The Body Shop "Facial Buffer".


"Delikatna gąbka peelingująca, usuwa martwy naskórek, pozostawia skórę gładką i miękką. Stymuluje mikrokrążenie skóry, idealna dla cer suchych, które wymagają regularnego złuszczania"

Wypatrzyłam ją już dawno temu na kanale Essiebutton, która niezmiernie ją sobie zachwalała, niektórzy porównują jej skuteczność do szczoteczki Clarisonic. To maleństwo kosztuje w granicach 3-4 funtów, także gdy tylko nadarzyła się okazja, nabyłam ją celem wypróbowania.

Jak ją stosować ?
Zmywamy makijaż, gąbeczkę moczymy w ciepłej wodzie, odciskamy i nanosimy na nią porcję żelu/pasty/emulsji do mycia twarzy. Kolistymi ruchami oczyszczamy twarz przez maksymalnie minutę, po czym zmywamy twarz wodą. Następnie możemy nakładać standardowo serum, krem do twarzy lub zastosować jakąś maskę, która na tak przygotowanej skórze, zadziała skuteczniej. 


Gąbeczka ma około 7-8 cm średnicy, z jednej strony posiada tasiemkę pod którą wsuwamy rękę i wygodnie możemy oczyścić twarz. Początkowo wydaje się bardzo ostra i w rzeczywistości jest solidnym drapakiem, dlatego przy bardziej wrażliwej cerze sugerowałabym ją odrobinę zmiękczyć, ja zrobiłam to peelingując sobie ramiona, oczywiście na mokro - nigdy nie stosujemy jej na sucho, bo podrażnienia mamy jak w banku. Po kilku takich użyciach gąbka zrobiła się zdecydowanie miększa i odważyłam się wypróbować ją na twarzy. Efekt po pierwszym razie był wow, skóra wypolerowana, gładziutka, świeża. Gąbka przeznaczona jest do codziennego stosowania, gdybym nie miała cery naczynkowej, z powodzeniem mogłabym jej tak używać, obecnie muszą wystarczyć mi 2-3 takie sesje w tygodniu. Skupiam się głównie na najbardziej zanieczyszczonej strefie, czyli: czoło, nos, broda, żuchwa, policzki natomiast omijam. Dodatkowo dbam, by nie trzeć skóry za mocno. 
W ostatnim roku moja cera zmieniła się z całkiem ładnej, w pobojowisko, z którym nie mogłam sobie poradzić, a po dwóch miesiącach oczyszczania gąbką TBS jej stan jest nieporównywalny. Brak suchych skórek, mniej widoczne pory, mniej brzydkich zaskórników, brak nowych, bolesnych i ropnych wyprysków z którymi męczyłam się od kilku miesięcy na linii żuchwy. Obecnie wszystko powoli się goi, przebarwienia ładnie się rozjaśniają i mam nadzieję, że odzyskam cerę sprzed roku.


Pozostała jeszcze kwestia higieniczności tej metody. Po każdym użyciu gąbkę piorę ręcznie, pozostawiam do wyschnięcia i chowam do woreczka. Raz w tygodniu parzę ją gorącą wodą. Wykonana jest z tworzywa, które bardzo szybko schnie, a wszelkie zanieczyszczenia bardzo łatwo się wypłukują, więc nie ma obaw, że po kilku zastosowaniach wewnątrz powstanie bomba biologiczna. Właściwie na dzień dzisiejszy jedyną oznaką zużycia jest spierający się napis, reszta wygląda świetnie i myślę, że spokojnie posłuży mi jeszcze przez najbliższy miesiąc, może troszkę dłużej. Później będę szukała okazji do ponownego zakupu.

Podsumowując, gąbeczkę polecić mogę właściwie dla każdej cery z wyjątkiem bardzo delikatnej i wrażliwej. Zachwycone nią powinny być właścicielki cer tłustych, a skłonność do pękających naczynek wcale nie musi być czynnikiem dyskwalifikującym tę metodę oczyszczania. 

Korzystacie z takich gadżetów ? Chętnie poznam Wasze typy produktów, które mogą pomóc w codziennym oczyszczaniu cery.

Balea Aqua - Serum do twarzy + Roll-On pod oczy | Lekka pielęgnacja na lato


Lekkość, lekkość, lekkość. Ta myśl przyświeca mi, gdy wybieram produkty pielęgnacyjne na okres wiosenno - letni. Wodno-żelowe konsystencje, proste, dobrze współpracujące z makijażem formuły, optymalne nawilżenie, brak obciążenia, tego właśnie mi trzeba. Moja cera nie sprawia w tym czasie większych problemów, z ciężkiej do ogarnięcia mieszanej w kierunku suchej, zmienia się w mieszaną w kierunku normalnej. Pozwala choć czasowo zapomnieć o tym, czym są suche skórki, miejscowe przesuszenia i szalejąca strefa T, a osiągając tą względną stabilność, daje mi trochę wytchnienia.


Oczy mi się zaświeciły, gdy ponad rok temu, spacerując wśród alejek drogerii DM, napotkałam nową, nawilżającą linię firmy Balea. Przeżywałam wówczas wczesną fazę zafiksowania na punkcie wszystkiego, co z DM`u pochodzi, więc obładowana żelami pod prysznic, odżywkami i ciężko spamiętać czym jeszcze, na sam wierzch tego kosmetycznego stosu dorzuciłam też Serum do twarzy i Roll-on pod oczy z serii Aqua. 
Kosztowały grosze, jeśli dobrze pamiętam około 2-3 euro sztuka, więc nie było się nawet nad czym zastanawiać. Wraz z początkiem tegorocznej wiosny doczekały w końcu swojego czasu i bardzo przyjemnie mnie zaskoczyły. 


"Kojący i wzmacniający hydrożel pod oczy Aqua Balea nadaje się do wszystkich typów skóry. Działa kojąco i wzmacniająco, hydrożel zmniejsza opuchnięcie oczu. Zmarszczki wywołane odwodnieniem są zmniejszone, opuchnięcia są wygładzone. Widocznie wzmocniona skóra pod oczami jest ukojona i pełna komfortu. Rezultat: Zmarszczki wywołane odwodnieniem są zmniejszone, opuchnięcia są wygładzone. Widocznie wzmocniona skóra pod oczami jest ukojona i pełna komfortu. Nakładaj, masując kolistymi ruchami, dwa razy dziennie w okolicach oczu."

Palmę pierwszeństwa dzierżyć będzie Roll-On, gdyż to właśnie on szczególnie przypadł mi do gustu. 
W prostej, opatrzonej przyjemną grafiką tubce mieści się 15 ml produktu o bardzo leciutkiej, mleczno-żelowej formule. Zamiast typowego aplikatora, tubka zakończona jest metalową, ruchomą kuleczką, która to kupiła mnie zupełnie. Jest wybawieniem dla moich oczu, których stan, w letnich miesiącach, często odbiega od idealnego. Podrażnione, podpuchnięte, nierzadko też łzawiące i zaczerwienione - sprawka alergii na pyłki, trawy i inne cholerstwa. 
Kulka przyjemnie rozprowadza wokół oczu delikatną warstewkę produktu oraz zapewnia masaż, poprawiając tym samym mikrokrążenie i niwelując obrzęki. Ma jeszcze jedną fajną właściwość, bez względu na temperaturę otoczenia, zawsze pozostaje względnie chłodna i daje wspaniałe ukojenie. W wyjątkowo gorących dniach roll-on trzymam w lodówce, a gdy rano zaserwuje sobie taki chłodny masaż momentalnie mam +100 do ogólnego samopoczucia. 
W składzie znajdziemy wyciąg z opuncji figowej, pochodną witaminy E, pantenol i wyciąg z alg. Całość zapewnia delikatne i wystarczające nawilżenie, idealnie nadające się pod makijaż. Na noc stosuję już coś odrobinę bardziej odżywczego, natomiast dla młodszych cer z powodzeniem może to być produkt "całodobowy".


"Intensywnie nawilżające serum do twarzy dzięki aktywnemu kompleksowi kwasu hialuronowego przekazujemy skórze dodatkową dawkę wilgoci zapewniając skórze jędrność i elastyczność. Witamina E chroni przed wolnymi rodnikami, które są odpowiedzialne za przedwczesne starzenie się."

Serum natomiast skrywa się w 30 ml opakowaniu z aplikatorem typu air-less, czyli coś, co lubię najbardziej. Pompka działa bez zarzutu, a jedno jej naciśnięcie pozwala wydobyć ilość wystarczającą do pokrycia całej twarzy. Konsystencją niewiele różni się od roll-onu. Jest lekka, wodno-mleczno-żelowa i wchłania się błyskawicznie. Nie pozostawia po sobie zupełnie żadnej zewnętrznej warstwy, ani znienawidzonej przeze mnie lepkości. Nawilża i właściwie nie robi nic więcej, ale to mi wystarcza. Do tego stopnia, że obecnie na serum nie używam już żadnego kremu, nie czuję takiej potrzeby. Skóra jest nawodniona, nieprzeciążona i świetnie przygotowana na lekki makijaż. Skład produktu jest bardzo prosty, jeszcze prostszy niż w przypadku produktu pod oczy. Nieco obawiałam się gliceryny, na której produkt jest oparty, ale moja cera reaguje na nią zupełnie neutralnie. 
Serum Aqua również używam tylko na dzień, nocą stawiam na troszkę bogatsze produkty.
Zapomniałam wspomnieć o zapachu. W obu przypadkach jest taki sam, delikatny, niedrażniący ze świeżą zieloną nutą. Całkiem przyjemny w odbiorze.


Podsumowując, oba produkty nie są jakieś wybitne, nie sprostają dużym wymaganiom, ale z pewnością zapewnią optymalną i podstawową pielęgnację tłustych, mieszanych i normalnych cer w okresie letnim, dla suchych mogą być za słabe. Nie są to kosmetyki zwalające z nóg, ale jeśli ktoś ma ochotę, śmiało można je wypróbować. W serii znajduje się też maska-kompres oraz krem do twarzy.


Znacie serię Aqua ? A może mogłybyście polecić mi swoje sprawdzone, lekkie produkty do pielęgnacji w okresie letnim ?

Serum do rzęs Long 4 Lashes - efekty po 4 miesiącach stosowania [aktualizacja]


Ogólnie o produkcie oraz o efektach po 2 miesiącach stosowania poczytacie tutajDostaję trochę pytań, jak sprawa ma się po kolejnych tygodniach dokarmiania rzęs. Wczoraj minęły równe 4 miesiące stosowania, przygotowałam dla Was zdjęcia porównawcze.


Moje zdanie na temat L4L nie uległo zmianie, jestem ogromnie zadowolona z efektów, nie spodziewałam się aż tak dużej zmiany w stosunku do tego, co było na początku. Od kwietnia postępy nie były może już tak spektakularne jak podczas pierwszych dwóch miesięcy stosowania, jednak wydaje mi się, że rzęsy jeszcze troszkę się zagęściły, wyrównały szeregi, obecnie nie ma już pojedynczych długich włosków, całość osiągnęła mniej więcej jeden poziom. Poza tym włoski praktycznie wcale nie wypadają, czasem zdarzy się znaleźć 1-2 sztuki na waciku podczas demakijażu, ale są to dosłownie przypadki sporadyczne.

Bywały dni kiedy o serum zapominałam, przerwy nie były jednak dłuższe niż 1-2 dni pod rząd. Obecnie mam wrażenie, że Long 4 Lashes ma się ku końcowi i nie zanosi się, aby wystarczyło na kolejne 2 miesiące (w ramach przypomnienia: producent sugeruje, że jedno opakowanie wystarczyć ma na pół roku stosowania). Tę resztkę chciałabym spożytkować głównie na wewnętrzny kącik oka, marzy mi się tam większa gęstość. 

Pora na prezentację (z góry przepraszam za takie przekrwione ślepia, jestem alergiczką i niestety ciągle zmagam się z popękanymi żyłkami).




I jeszcze efekt z jedną, standardową warstwą tuszu. Tutaj dobrze widać jaka różnica powstała pomiędzy kącikiem zewnętrznym, a wewnętrznym. Może uda się troszkę podkarmić te najkrótsze włoski.



Gdybyście miały jeszcze jakieś pytania, śmiało piszcie.

Ulubieńcy #7 - Maj 2014



Nie zdążyłam przedstawić Wam jeszcze swoich ulubieńców ubiegłego miesiąca, a jest o czym pisać. Majowi faworyci to zarówno nowe odkrycia, starzy bywalcy, jak i powroty po czasie. Zapraszam do krótkiej lektury.


Zacznijmy od kremów pod oczy, są aż dwa. Balea Aqua Roll-On stosuję tylko na dzień, zwłaszcza w upalne dni, a Odżywczo Wygładzający krem od oczy GoCranberry służy mi podczas wieczornej pielęgnacji.
Ten pierwszy może nie wyróżnia się jakimś nadzwyczajnym składem, ale ma coś innego. Wyposażony jest w metalową kuleczkę, którą to nakładamy produkt pod oczy. Kuleczka smyra nas delikatnie i posiada jedną ogromną zaletę, nawet gdy temperatura przekracza +30 stopni, ona pozostaje chłodna i daje niesamowitą ulgę skórze wokół oczu, łagodzi opuchnięcia i świetnie odświeża. Wkrótce przygotuję o serii Aqua oddzielną notkę i tam napiszę troszkę więcej.
Go Crandberry natomiast to świetny skład, świetna jakość i świetne działanie przy jednocześnie lekkiej i nieobciążającej konsystencji. Nawilża, wygładza i zapewnia skórze niebywały komfort. Już dawno nie byłam tak zadowolona ze swojej "okołoocznej" pielęgnacji.


Kredki do ust święcą od dłuższego czasu triumfy, mnie jakoś ten szał ominął, ale w swoich zbiorach miałam dwie kredki, o których zapomniałam zupełnie. Kilka tygodni temu je odkopałam i używam z wielką przyjemnością. Mowa o MUA Power Pout. Szczególnie upodobałam sobie odcień Broken Hearted,
to słodki róż o lekko malinowym zabarwieniu. Daje wyraźny, acz subtelny, półtransparentny efekt, dodatkowo kredka ma chyba zawartość mentolu lub czegoś innego, co nadaje jej przyjemnego zapachu, a na ustach leciutko mrowi. 
Niestety napisy na opakowaniu są bardzo kiepskiej jakości i ścierają się momentalnie.


Na puder Healthy Balance Bourjois skusiłam się podczas promocji -49% w Rossmannie. Musiałam obejść chyba pół drogerii w moim mieście, aby w ogóle gdzieś jeszcze znaleźć odcień 52 Vanilla. Ale warto było. 
Daje ładny, naturalny efekt, wykończenie określiłabym takim satynowym, dzięki czemu cera wydaje się gładsza, bardziej jednolita, a nie płasko zmatowiona. Nakładany dużym, miękkim pędzlem bardzo ładnie się rozprowadza, nie daje efektu pudrowej maski, a w ciągu dnia wymaga u mnie maksymalnie jednej poprawki.


Ostatnim produktem jest odżywka Garnier Ultra Doux Awokado i Karite. Moja ukochana, najwspanialsza! Szerzej pisałam o niej tutaj. Przez jakiś czas miałam od niej przerwę, niedawno znów kupiłam i zakochałam się na nowo. Robi z moimi włosami coś cudownego, nawilża, zmiękcza, wygładza. No bajka. Jest to w 100% mój kosmetyk i mam nadzieję, że nikomu nie przyjdzie do głowy go wycofywać.



Chętnie poznam Waszych majowych faworytów, a może dzielicie moją sympatię do któregoś z tych produktów ?

Urodzinowe rozdanie - wyniki!


Witajcie! Korzystając z luźnego dnia ogarnęłam wszystkie Wasze zgłoszenia do urodzinowego rozdania




Zainteresowanie znów przekroczyło moje najśmielsze oczekiwania, zgłosiło się blisko 190 osób.

Nie będę trzymać Was dłużej w niepewności.



Zwycięża: Marta



Gratulacje! Już skrobię do Ciebie wiadomość.



Wszystkim dziękuję za udział w zabawie i życzę miłego wieczoru.

Wiśnia, migdał czy neroli & orchidea ? | Akademia Zmysłów L`Occitane

Ciekawa jestem na co postawicie. Żar lejący się z nieba skutecznie odbierał mi motywację do pisania, zabieram się do tej notki od piątku, w końcu dzisiaj, pomimo +30 za oknem, nastąpiła pełna mobilizacja. Zapraszam więc na zapachową podróż wraz z Akademią Zmysłów L`Occitane


Red Cherry

"Wiśniowe kwiaty są tak rzadkie i cenne, ponieważ znikają z pierwszym powiewem wiosennego wiatru" - Olivier Baussan, założyciel L'OCCITANE.

Linia Czerwona Wisnia inspirowana jest zachodem słońca w którym dojrzewają czerwone owoce wiśni. Zanurz swoje zmysły w Wodzie Perfumowanej Czerwona Wiśna. Nowy perfumowany żel jest mniejszą mniejsza wersją Wody Perfumowanej - idealny rozmiar do kobiecej torebki! Skompletuj swoją kolekcję wraz z żelem pod prysznic i balsamem do ciała Czerwona Wiśnia.

Nasza linia Czerwona Wiśnia zawiera ekstrakt z wiśni z Luberon, regionu w południowej Francji."


Czerwona Wiśnia to motyw przewodni pudełka, które trafiło do mnie jeszcze zimą, zwiastując przybycie wiosny. Wspaniale było poczuć soczysty, owocowy, przywodzący na myśl kwitnące wiśniowe sady zapach, gdy za oknem szaruga. Obecnie na pogodę narzekać nie możemy, ale odczucia w kontakcie z Red Cherry nie uległy zmianie. Muszę przyznać, że szczególnym uwielbieniem darzę wszystko, co z wiśniami związane, kocham ten aromat, a jeśli w parze z nim idzie dobra jakość, nie mam pytań. 


W uroczej, zgrabnej kosmetyczce znalazły się miniatury (75 ml) balsamu do ciała, żelu pod prysznic i pełnowymiarowy (30ml) krem do rąk. Set idealny na podróż. Małe, poręczne buteleczki nie zagracą nam walizki, a 3 podstawowe kosmetyki do pielęgnacji ciała mamy zapewnione. Swoje egzemplarze zatrzymałam na szczególny dzień, jakim był mój ślub - początek maja, wiosna w rozkwicie, zapach wydał mi się wprost idealny w takich okolicznościach, do kompletu brakowało mi tylko wody toaletowej, ale znalazłam coś, co z Red Cherry zgrywa się niemal wzorowo. Czułam się świeżo, kobieco i delikatnie, dokładnie tak, jak się spodziewałam.
Wracając do produktów, żel ładnie się pieni, nie przesusza, balsam zaś ma lekką, podobną do mleczka konsystencję, która świetnie się rozprowadza i równie dobrze wchłania, pozostawiając na skórze delikatnie połyskujące drobinki. Nie jest to brokatowe i złote blink blink, ale subtelny srebrny pyłek. Na opalonej skórze wygląda rewelacyjnie. Całość dopełnia krem do rąk, który bardzo zaskoczył mnie konsystencją. Jest rzadki i delikatny, zupełne przeciwieństwo sztandarowego produktu L`Occitane, czyli kremu z masłem shea. Nawilża, niestety krótkotrwale, przez co w zimniejszych miesiącach lub przy bardziej wymagającej skórze raczej się nie sprawdzi. Podobnie rzecz ma się z właściwościami nawilżającymi balsamu.

Miniatury, choć wydaja się niewielkie, są wydajne i całkiem przystępne cenowo. Ich koszt to 20 zł za żel i 35 zł za balsam, krem kosztuje 29,90 zł. 


Migdał

"Migdał zapewnia skórze nawilżenie, ujędrnia ją i wygładza. Ujędrniające orzechy migdałowe, które rosną pod chroniącymi je aksamitnymi skorupkami są bardzo doceniane ze względu na właściwości kosmetyczne. Pozyskujemy z nich migdałowy olejek, mleczko oraz proteiny, które doskonale ujędrniają, nawilżają oraz wygładzają skórę."

Migdałowe, kwietniowe pudełko sprawiło mi ogromną radość. Już na pierwszy rzut oka wiedziałam, że to będzie coś, co przypadnie mi do gustu. W istocie właśnie tak się stało. Teraz śmiało mogę stwierdzić, że to moje ulubione pudło do tej pory. Piękny, niezbyt nachalny, ale wyraźnie wyczuwalny armat migdała urzeka o każdej porze dnia i przy każdej aurze za oknem. 


Gwoździem programu jest Olejek pod prysznic, który znalazł się w moich ulubieńcach kwietnia. Cudo nie kosmetyk, zużywam go z ogromną przyjemnością i polubiłam na tyle, że nawet jego cena 75 zł za 250 ml mi nie straszna. W zamian za to otrzymamy luksusową wręcz pielęgnację, kremową pianę, optymalne nawilżenie i przyjemne doznania zapachowe. Na deser fajny skład. Równie warte uwagi jest peelingujące mydełko z kawałkami łupin migdała. Ma bogaty skład, nie znajdziemy w nim żadnych drażniących substancji, dlatego używam go głównie do twarzy - zamiast peelingu. Choć mam cerę naczynkową, mydełko nie robi mi żadnej krzywdy, ale trzeba być ostrożnym, w kontakcie z wrażliwą skórą drobinki mogą wydać się ostre. Po użyciu skóra jest miękka, wygładzona i delikatnie nawilżona. 
Dalej znów mamy krem do rąk, wersja ta jako pierwsza spośród propozycji L`Occitane, sprawdziła się u mnie w zupełności. Odpowiada mi w nim konsystencja, zapach, wchłanianie, poziom nawilżenia, jednym słowem wszystko. Uzupełnieniem całości jest masażer do ciała. Wykonany z lakierowanego drewna, wyposażony w masujące wypustki pozwala kompleksowo zadbać o nasze ciało. Można go stosować na sucho, na mokro, pod prysznicem, jak dusza zapragnie i w każdej z tych ról spełnia swoje zadanie. Ja mam swój ulubiony sposób na jego wykorzystanie, ale o tym innym razem, przy okazji innego produktu. 


La Collection de Grasse Neroli&Orchidea

"Odkryj Neroli & Orchidea, najnowszy zapach z serii La Collection de Grasse. Pociągający i urzekający zapach Neroli & Orchidea harmonijnie łączy dwa rzadkie, białe kwiaty, tworząc doskonałą harmonię. Serce zapachu składa się z esencji neroli z regionu Morza Śródziemnego połączonego z białą orchideą z Madagaskaru. Dopełnienie zapachu stanowi owocowa nuta pomarańczy i brzoskwiń.
Ciesz się zapachem Neroli & Orchidea w tradycyjnej wodzie toaletowej. Wprowadź zapach do łazienki poprzez żel pod prysznic, perfumowane mydło i balsam do ciała. Stwórz świeżą i przyjazną atmosferę w domu przy pomocy świecy zapachowej. Użyj wzorowanego na wodzie toaletowej kremu do ciała, który idealnie komponuje się z całą serią zapachów La Collection de Grasse."

Zwieńczeniem naszej podróży są kwiaty. Neroli i Orchidea, czyli przesyłka majowa, która była dla mnie sporym zaskoczeniem. W końcu coś innego niż balsam do ciała/żel pod prysznic, które owszem ciekawią, ale w nadmiarze mogą nudzić. Kolorowe pudełko skrywało w sobie Wodę Toaletową oraz perfumowane mydełko


Prosty, elegancki flakonik ze złotą zatyczką, którego jedyną ozdobą jest delikatny sznureczek wokół szyjki, zachwyca. Kocham minimalizm, a tutaj otrzymujemy go w pięknym wydaniu. Woda ma 75 ml pojemności, jej koszt to 230 zł. Na stronie czytamy, że jest to zapach z rodziny kwiatowo - owocowej, w nutach głowy znajdziemy pomarańczę i mandarynkę, w nutach serca neroli, brzoskwinię i mleczko figowe, a bazą jest orchidea, piżmo i irys. Zapowiadało się naprawdę rewelacyjnie, kwintesencja wiosny. Białe kwiaty, owocowa nuta - ideał. 
Niestety, okazuje się, że Neroli&Orchidea to zupełnie nie moje klimaty. Zapach owszem, może się podobać, jest słodki, intensywny i wyraźnie kwiatowy, a zwolenniczki takich aromatów byłyby zachwycone, ja czuję przesyt. Nie wyczuwam w nim tej owocowej, świeżej nuty, na którą liczyłam. Czuję za to kwiaty, których intensywność nuży i powoduje ból głowy. Pierwszy kontakt jest całkiem przyjemny, dalej zaczynają się schody, na mojej skórze zapach zupełnie się nie rozwija, tylko płasko trwa w swojej kwiatowości. I męczy, męczy, coraz bardziej męczy. Będę musiała znaleźć mu nową właścicielkę, która w pełni doceni jego walory. Ja chociaż nacieszyłam oko tą piękną oprawą.
Mydełko natomiast trafiło do mojej garderoby i rozsiewa delikatną, kwiatową woń, która w takim wydaniu nie przeszkadza mi zupełnie.



Podsumowując, moim faworytem jest Migdał, piękny zapach idzie w parze ze świetnej jakości pielęgnacją. Tuż za migdałem stawiam na Red Cherry, która zapachem zniewala mnie zupełnie.

A Wy, co wybieracie ?
 Miałyście okazję używać którejś z tych kolekcji ?

Majowe nowości


W ubiegłym miesiącu wśród moich zakupów mało było spontanicznych porywów. Podobno od nadmiaru głowa nie boli, a mnie właśnie zaczyna pobolewać. Mam zdecydowanie za dużo zapasów, przez ostatnie tygodnie kupowałam w nadmiarze, bo przecież tyle świetnych promocji, tyle obniżek, taka okazja! Koniec z tym, mam bana na zakupy przez najbliższych kilka miesięcy, a maj był ostatnim, w którym pozwoliłam sobie na małe co nieco. 
Nie oznacza to oczywiście, że nie będę kupowała zupełnie nic, ale w grę wchodzą produkty tylko w zupełności niezbędne, których nie mam zachomikowanych w hurtowych ilościach.


Korzystając z kompletowania dla Was nagrody na 2 urodziny bloga, kilka produktów Balea kupiłam też dla siebie. 


Oczywiście nie mogło obejść się bez pozycji prysznicowych. Co prawda te klasyczne wersje żeli odrobinę mi się już znudziły, ale obok zapachu melona nie mogę przejść obojętnie, przepadam za nim, więc do koszyka wpadł Melon Tango. Drugim produktem jest Olejek pod prysznic o zapachu kwiatu migdałowca. Kremowe olejki pod prysznic Balea bardzo polubiłam, ciekawa jestem jak będzie tym razem.


Pierwszą z nowości jest Fiołkowy krem do rąk, który zachwyca opakowaniem. Co siedzi w środku ? Jeszcze go nie otwierałam, ale mam nadzieję, że zawartość będzie równie ciekawa.
Za szamponami tej firmy raczej nie przepadam, wypróbowałam 2 lub 3 i za każdym razem byłam niezadowolona, wersji z rozmarynem i melisą do włosów normalnych z tendencją do przetłuszczania nigdy wcześniej nie widziałam, postanowiłam dać im jeszcze jedną szansę. Na swoją kolej przyjdzie mu trochę poczekać, wrażeniami z pewnością się z Wami podzielę.
Kolejnym produktem jest Woda w sprayu. Nie jest to woda termalna, ale na lato może być fajną opcją na orzeźwienie i odświeżenie twarzy i ciała w trakcie upałów.


Moja kosmetyczka powiększyła się też o dwa suche szampony. Jeden pochodzi z najnowszej limitki Balea, szampon Trend It Up o zapachu truskawek, drugi zaś jest pamiątką z Zakopanego ;) Zapomniałam zabrać z domu, więc musiałam kupić coś na miejscu. Padło na słynny Batiste i wersję do włosów ciemnych.


Choć zapachu pomarańczy w kosmetykach na ogół nie lubię, tym razem jakoś wzięło mnie właśnie na cytrusy więc drogą kupna nabyłam Wygładzający peeling do ciała The Body Shop w uroczym słoiczku, który później z pewnością na coś wykorzystam.

Na koniec dzisiejsze zakupy z szybkiej wizyty w Biedronce.


Mydełka w płynie Linda, wybrałam Fresh Fruit i Tutti Frutti, mam nadzieję, że zapachy będą znośne.


O Maśle arbuzowym z Bielendy sporo ostatnio się pisze, nie byłam do niego przekonana ze względu na obecność parafiny (troszkę dalej w składzie, ale jest). Gdy zobaczyłam jednak, że kosztuje niecałe 4 zł i jest to mały, 100 ml słoiczek, wzięłam - arbuzowy zapach powinien być świetny. Ostatnią rzeczą jest Delikatny żel-krem łagodzący do mycia twarzy z BeBeauty. Dawno nie używałam tych żeli, a tej wersji w szczególności. Pamiętam, że kiedyś byłam z niej bardzo zadowolona, zobaczymy jak będzie tym razem.


Znacie jakiś produkt z moich nowości ? A może coś Was zaciekawiło ?

Majowe Denka 2014



Mój ulubiony, najpiękniejszy miesiąc w roku dobiegł końca, czas na denkowe podsumowanie.


1. Fennel - Masło do ciała Kwiat Wiśni

Choć zachwyca oprawą, w środku kryje się bardzo przeciętna zawartość, o nieciekawym zapachu. W dodatku kilka razy po użyciu miałam reakcję uczuleniową, więc mozolnie zużyłam je do stóp. 

Ezgemplarz otrzymałam w ramach współpracy, ale nie zdecydowałabym się na zakup.

2. Apis - Ujędrniający krem Żurawinowa Witalność

W cenie ok. 15 zł otrzymujemy aż 110 ml kremu o rewelacyjnie bogatym składzie. Wow! Firmie należą się brawa, zdziwiona jestem, że ich produkty są tak mało popularne.
Przyjemna, lekka konsystencja, miły odrobinę cierpki, żurawinowy zapach i widoczne działanie - po użyciu czuć wyraźne napięcie skóry. Krem świetnie nadaje się pod makijaż, ładnie się wchłania, nie zapycha, nie potęguje świecenia. Zawiera też filtr SPF 15, być może to niewiele, ale lepsze niż nic.
Do pełni szczęścia brakowało mi odrobinę mocniejszego nawilżenia, z tego też powodu nie kupię go ponownie, ale przy cerach tłustych powinien sprawdzić się rewelacyjnie.

Chętnie kupię inną wersję, np. arbuzową.


3. Isana - Olejek pod prysznic Melon i Gruszka

Czas z nim spędzony uważam za udany. W żelowej konsystencji zatopiono mnóstwo małych perełek z oliwką, które podczas kąpieli rozpuszczają się i mają pełnić funkcję pielęgnacyjną - polemizowałabym nad skutecznością owych, ale za 2,50 zł nie będę się czepiać. Miły zapach, dobre pienienie.

Chętnie do niego jeszcze wrócę.

4. Dove - Antyperspirant w sprayu Original

O antyperspirantach Dove pisałam dwa dni temu, zapraszam więc o tutaj.

Ze względu na zbyt mocny zapach, raczej już tej wersji nie kupię.

5. Oriflame - Krem do rąk Brzoskwinia i Bazylia

Nie spodziewałam się tego po nim, ale sprawdził się u mnie fantastycznie. Choć nie ma w składzie nic nadzwyczajnego, ładnie nawilżał, wygładzał i koił dłonie. Pozostawia po sobie delikatną, jakby lekko silikonową otoczkę, przez co komfort miękkiej skóry utrzymuje się znacznie dłużej. Nie mogę pominąć też opakowania, które niesamowicie mi się podoba oraz zapachu, który uwielbiam.

Chętnie kupiłabym ponownie, ale chyba jest już niedostępny.

6. Alterra - Szampon do włosów Morela i Pszenica

Nieco glutowata konsystencja, dobrze oczyszcza, ładnie się pieni, ma fajny skład i jak na Alterrę całkiem miło pachnie, ale co z tego, jeśli powodował u mnie ogromny łupież. Niestety.

Nie kupię ponownie.


7. Dary Natury - Olej lniany EKO

Akurat te buteleczki nie służyły mi do olejowania włosów, a do picia. Codziennie rano wypijałam łyżkę oleju, czasem dodawałam też do sałatek, czy innych potraw. Efekt ? Nie zauważyłam żadnego, być może okres stosowania był za krótki. Tak czy siak, jest bogaty w nienasycone kwasy tłuszczowe, więc warto go pić dla uzupełnienia codziennej diety.

Kupię ponownie.

8. Herbapol - Krople Oczyszczające

Nie jest to produkt kosmetyczny, ale postanowiłam o nim napisać ze względu na 100% naturalny skład i fajne działanie. Są to krople do picia (na pół szklanki wody ok. 20-30 kropel), które usuwają nadmiar wody z organizmu. Można je stosować codziennie lub doraźnie w razie potrzeby (np. przed okresem, kiedy organizm lubi zatrzymać wodę i czujemy się opuchnięte). W składzie znajdziemy wodno-etanolowy wyciąg z ziela pokrzywy, ziela fiołka trójbarwnego, trawy cytrynowej, liścia czerwonokrzewu i owocu róży.

Kupię ponownie.

9. Dary Natury - Ziele Wierzbownicy drobnokwiatowej

Herbatka bogata we flawonidy i fitosterole. Zaczęłam ją pić, ze względu na właściwości regulujące gospodarkę hormonalną, a co za tym idzie mogące pomóc w walce z wypadającymi włosami na tym właśnie tle. Po jednym opakowaniu zauważyłam zmniejszenie przetłuszczania włosów i jakby odrobinę mniejsze wypadanie, ale żeby napisać cokolwiek więcej, musi minąć przynajmniej 3 miesiące.

Kupię ponownie.


10. L`Occitane - Organiczny żel antybakteryjny Lawenda

Polubiłam go, ładnie odświeżał dłonie bez użycia wody. Bardzo silny, lawendowy zapach, który mi odpowiadał, ale nie każdemu musi przypaść do gustu.
Niestety pod koniec jakoś się zglucił i cieżko było wydobyć go z tubki.

11. Sally Hansen - Creme Hair Bleach

Niezastąpiony, zwłaszcza w cieplejszych miesiącach. Pisałam o nim tutaj.

Kupię ponownie.

12. Lefrosch - Pilarix krem przeciw rogowaceniu

To chyba moja 3 zużyta tubka, a jakoś nie mogę się zebrać za napisanie pełnej recenzji. Lubię, przydaje się w wielu sytuacjach i warto się z nim zapoznać.

Kupię ponownie.


13. Tami - Chusteczki nawilżane

Pisałam o nich tutaj. Bardzo przyjemne.

Kupię ponownie.

14. Maść ochronna z witaminą A

To maść z gatunku tych, które przydadzą się zawsze. Używam jej w wielu sytuacjach, zawsze sprawdza się świetnie.

Następna tubka już kupiona.

15. Omnia Botanica - Odżywczo nawilżający krem do twarzy z organicznym olejem arganowym

Znalazłam go w ostatnim PinkJoy i to chyba jedyny udany produkt tego pudełka. Pięknie pachniał, wspaniale nawilżał i cieszył oko przyjemnym składem. Szkoda, że było go tylko 10ml.


To już wszystko, a jak Wam poszło zużywanie w maju ?

Zobacz także:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...