Mobile Mix # 2 - Marzec w kilku ujęciach


Wyglądając przez okno, mam wrażenie, że nadal mamy luty, a nie koniec marca... Wiosny jak nie było, tak nie ma - zapowiada się, że w lany poniedziałek będziemy lepić bałwana :D

Skoro kolejny miesiąc już prawie za nami, pora na małą porcję zdjęć. 

Zapraszam :) 



1. Ech, taki wakacyjny ten komplet ;)

2. Relaks z lekturą, zabieram się za Klątwę Tygrysa

3. Przekąska z Biedronki - Orzeszki w cebulowej skorupce - pychota !

4. Nowa miejscówka dla koszyczka

5. Wiosenny arsenał już przygotowany

6. Słodkości na Dzień Kobiet

7. Miła przesyłka od portalu Uroda i Zdrowie - 
Certyfikat Rzetelnej Blogerki + zielona glinka do testów

8. Próbki z Vichy mam i ja

9. Wesołych Świąt ! 


Pozdrawiam i życzę miłego dzionka :)

NOTD # 2 - Inglot 366, coś dla kawoszy


Inglot wypuścił już nową kolekcję na wiosnę 2013, a ja niezmiennie zachwycam się tą zimową - która jest inspirowana kawą.

Beże, brązy, delikatne szarości, to kolory, które na paznokciach lubię niezależnie od pory roku, temperatury, czy nastroju. Dobrze się czuję w takich barwach i już.

Kolor 366 Inglota nie jest jednoznaczny, tak naprawdę to ciężko go określić. To taki rozbielony brąz, bardziej kakaowy, niż kawowy. 


Sprawcą największego zamieszania, jest bardzo delikatna, różowa poświata, która w dzień jest niemal niewidoczna, natomiast w sztucznym świetle nadaje lakierowi nową twarz.



Pędzelek: bardzo wygodny, miękki, średnio długi, wąski

Konsystencja: dosyć rzadka, ładnie rozprowadza się na paznokciu. Łatwo równomiernie położyć lakier, nie ciągnie się, nie bąbelkuje.

Krycie: do pełnego krycia potrzeba 2 warstw

Schnięcie: pod tym względem to mój ideał, schnie bardzo szybko.

Trwałość: z reguły na moich paznokciach lakiery trzymają się dobrze, ten nie był wyjątkiem - spokojnie wytrzymuje 4 - 5 dni. Wytrzymałby zapewne i dłużej, tylko nie dałam mu szansy ;)

Cena: 20 zł





I jak Wam się podoba ? Ja jestem nim oczarowana

Blog od kuchni - kilka słów o zdjęciach


Dostaję od Was sporo maili z pytaniami o zdjęcia - jak je robię, czym, jak osiągnąć taki, czy inny efekt. Stąd pomysł na dzisiejszego posta. 
Pokażę Wam pokrótce jak wygląda u mnie pstrykanie fotek na bloga i jak wygląda obróbka. 

Na początku zaznaczę, że nie jestem żadnym specjalistą - moja wiedza na temat fotografii jest raczej fragmentaryczna, a informacje na jej temat czerpie głównie od mojego TŻ, który zajmuje się nią zawodowo. Nieraz zadręczam go głupkowatymi pytaniami, doprowadzając do szału :D

Dla wielu ten post nie będzie zapewne żadnym novum, mam jednak nadzieję, że dla kogoś okaże się pomocny :)

Kończąc ten przydługi wstęp, przejdźmy do sedna.


                               1. Czym robię zdjęcia ?                          


Najczęściej jest to Canon 400D z obiektywem EF-s 60mm 2.8 macro.



Tak naprawdę aparat nie jest najważniejszy, bo poprawne zdjęcie można wykonać także zwykłym aparatem cyfrowym. Kluczową kwestią jest tryb z jakiego korzystamy. Rezygnujemy więc z automatycznego, na rzecz pełnego trybu manualnego, gdzie możemy wybrać czułość (ISO), czas naświetlania (T), przysłonę (F).


                                              2. Gdzie robię zdjęcia ?                                            


Namiot bezcieniowy

Do niedawna korzystałam tylko i wyłącznie z namiotu bezcieniowego. Oświetlają go dwie zewnętrzne lampy o mocy 400 Ws. 
Za tło służy mi arkusz białego brystolu.


 Jakie są plusy używania namiotu:
  • pozwala w 100% zapanować nad światłem,
  • zdjęcia możemy robić o każdej porze dnia i nocy, nie jesteśmy zależni od dziennego światła,
  • ładnie rozprasza światło,
  • brak zafarbu światła odbitego od np. kolorowych ścian/mebli,
  • powstałe zdjęcia są czytelne i estetyczne
 Minusy:
  • wymaga oświetlenia przez lampy zewnętrzne,
  • zajmuje sporo miejsca

Sam namiot nie jest receptą na udane fotki, istotne są też lampy, którymi go oświetlimy. Nie potrzeba od razu kupować profesjonalnych lamp za grube pieniądze. 

Można samodzielnie stworzyć oświetlenie z np. 3 lampek z żarówkami o odpowiedniej barwie światła (5400K). 
Takie żarówki dostępne są na Allegro za ok. 35 zł sztuka. Zestaw: namiot + 3 żarówki + 3 najzwyklejsze lampki, to łączny koszt max 250-300 zł.
Można też zakupić gotowy zestaw, jednak niektóre są g.... warte, więc trzeba porządnie się zaznajomić z tematem.


Światło dzienne

Ostatnio zaczęłam korzystać też ze światła dziennego i do zdjęć służy mi krzesło + dowolne tło (w moim przypadku zimowy komin).


Najważniejsze żeby wybrać dobrze oświetlone miejsce (np. duże okno). Na przeciw tego okna ustawiamy wtedy stół/krzesło, na nim tło i możemy robić zdjęcia.

                                                          3. Obróbka                                                     

Do obróbki zdjęć używam programu Lightroom 4, natomiast wszelkie napisy, grafiki robię w Photoshopie
Oczywiście może to być też inny program, np. darmowy Gimp (do jednego i drugiego)

Jak to wygląda krok po kroku:

 - importuję zdjęcia do programu, wybieram to, które chcę obrobić




- ustawiam balans bieli (w razie potrzeby podnoszę troszkę temperaturę, żeby kolory były cieplejsze). Zwiększam kontrast (contrast), przejrzystość (clarity) i saturację (saturation), odrobinę pogłębiam czerń (blacks).


 - następnie kadruję zdjęcie, w razie potrzeby podnoszę troszkę ekspozycję (exposure), jeśli fotka wydaje mi się za ponura



- na koniec dodaje ewentualny napis w Photoshopie i gotowe. 

Tak wygląda efekt przed i po:


I jeszcze jedno:


A tutaj przykład przed i po fotki z namiotu bezcieniowego (zasada obróbki taka sama)


Niektórzy, aby uzyskać białe tło, przy obróbce wycinają je całkowicie, zostawiając tylko fotografowany przedmiot. Mi się to nie podoba, ale też jest to jakiś sposób na zwiększenie czytelności zdjęć.

Najlepiej jak same popróbujecie różnych metod i wybierzecie dla siebie tą najodpowiedniejszą.


Jeśli macie jakiekolwiek pytania odnośnie zdjęć, ustawień aparatu, sposobu obróbki, wyboru namiotu czy lamp - swobodnie pytajcie. Na wszystkie pytania postaram się odpowiedzieć.

Pozdrawiam i mam nadzieję, że całość brzmi w miarę jasno i czytelnie :)

Dżem, mydło & powidło, czyli zakupy # 2


Marzec okazał się dla mnie wyjątkowo obfity w zakupy, wiąże się to nie tylko z odświeżeniem garderoby, naszła mnie także jakaś wzmożona chęć zmian w pielęgnacji. Głównie zależało mi na twarzy, która po zimie, nie wygląda najlepiej, skóra jest przesuszona, miejscami podrażniona, kompletny brak jej witalności. Poszperałam tu i tam, poczytałam troszkę recenzji i zdecydowałam się na zakup kilku (dla mnie) nowości.


1. Pat&Rub - EkoAmpułka 3 Cera Naczynkowa

To mój pierwszy kosmetyk P&R i już wiem, że raczej nie ostatni. Jeśli ciąg dalszy będzie równie świetny, jak pierwsze wrażenie, będę zachwycona.

2. Decubal - Nawilżająca pianka do twarzy

Po tylu pochwalnych recenzjach, nie mogłam się nie skusić. Znalezienie jej u mnie w mieście, nie było łatwe - natknęłam się na nią zupełnie przypadkowo, w małej zielarni. 

3. Tołpa Planet of Nature - Relaksujący krem nawilżający pod oczy

Zbiera całkiem przyzwoite recenzje, wydaje się łagodny i skuteczny - zobaczymy jak będzie sprawował się na dłuższą metę.

4. Sylveco - Lekki krem brzozowy

Nawet nie wiedziałam, że produkty Sylveco produkowane są tuż obok Rzeszowa. Wydawać by się mogło, że powinny być szeroko dostępne. Szukałam w kilku aptekach - bezskutecznie. Na pomoc przyszła ta sama zielarnia, co w przypadku pianki Decubal.


5. Color&Soin - Naturalna farba do włosów

To moja druga po Biokapie farba naturalna - ciekawi mnie jak wypadnie porównanie.

6. Garnier Ultra Doux - Odżywka do włosów z Lawendą i Różą

Odżywka pochodzi z nowej serii Sekrety Prowansji. Jestem z niej średnio zadowolona, po cichu liczyłam na produkt równie dobry jak odżywka z Avokado i masłem Karite, ale się przeliczyłam. 

7. Olejek Rycynowy

Niezawodny i niezastąpiony. Używam go do włosów, do skórek, do paznokci - sprawdza się świetnie w każdej z tych ról.

8. Seboradin - Maska przeciw wypadaniu i przerzedzaniu się włosów

Kupiłam ją jako uzupełnienie kuracji ampułkami Seboradin Forte. Do ampułek dołączona była jej próbka i zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie.


Na koniec moje kosmetyczne pewniaki za grosze, zawsze mam je w zapasie :)

9. Facelle - Płyn do higieny intymnej

Jak już kiedyś pisałam, ja używam go do codziennego mycia włosów - rewelacyjnie im służy.

10. BeBeauty - Micelarny żel do mycia i demakijażu

Niezmiennie mój ulubieniec.


Powolutku uzupełniam też garderobę na wiosnę, z kilku rzeczy jestem szczególnie zadowolona.


1. Reserved - Kurteczka jeansowa

To była miłość od pierwszego wejrzenia, jest z gatunku tych krótszych, brak kołnierzyka dodaje jej uroku. W dodatku trafiłam na Happy Hours w Reserved i kupiłam ją z 20% zniżką.


2. Sinsay - Bluzka z kołnierzykiem

Początkiem marca otworzono u mnie w mieście dwa salony nowej marki Sinsay. Ubrania raczej młodzieżowe, ale coś można wyszukać. Bluzeczka jest strasznie dziewczęca, w pudrowym kolorze - podczas zakupu nie byłam do niej przekonana, teraz bardzo mi się podoba.


3. House - Sukienka 

Od dłuższego czasu bardzo pozytywnie zaskakują mnie kolekcje House - zawsze coś ładnego tam znajdę, a kiedyś nie było nic wartego uwagi.
Kombinowałam jak koń pod górkę, żeby uchwycić całość, ale nie wyszło. W każdym razie sukienka ma zamek przy biuście, gumkę w talii, poniżej jest lekko marszczona, sięga przed kolana. 


4. H&M - Torebka

Nawet nie chcę mówić ile czasu szukałam klasycznej, czarnej torby. Ta jest niemal idealna, pojemna, sztywna, dość porządnie wykonana - polecam.

Koniec, w kwietniu mam kategoryczny zakaz wychodzenia na zakupy ;)

Nie do końca udana Termoochrona z Marion


Linia Marion Termoochrona zbiera w sieci wiele pozytywnych recenzji, wzbudzając zachwyt nie jednej osoby. Zachęcona tyloma ochami i achami, zakupiłam mgiełkę, a później w paczce od Marion znalazłam mleczko z tej samej serii. 
Wówczas wydawało mi się, że to produkty stworzone wprost dla moich włosów, które męczyłam codzienne suszarką i równie często prostownicą - niestety, ani jeden, ani drugi produkt nie wzbudził we mnie zachwytu, czy choćby zadowolenia. 
 
Zanim przejdę do recenzji, chciałam się jeszcze pochwalić moim małym sukcesem - od blisko dwóch miesięcy nie używam prostownicy (po prawie 5 latach niemal codziennego użytku). Hip hip hura ! Pierwsze dni nie były łatwe, jednak myślę, że najgorsze już za mną :)


Wracając do meritum, tak prezentuje się termoochronny duecik:


                                 Pod lupę, jako pierwsza idzie mgiełka                               



                                                    Od producenta:                                                   

Mgiełka BEZ SPŁUKIWANIA stworzona specjalnie do ochrony włosów narażonych na działanie wysokiej temperatury podczas używania suszarki, prostownicy lub lokówki. Unikalna formuła zawiera kopolimery, które pozostawiają na włosach specjalny film zabezpieczający włosy przed wysuszeniem, dzięki czemu stają się one mocniejsze, sprężyste i są łatwiejsze do modelowania.

                                                              Skład:                                                         

Aqua, Sodium Laneth-40 Maleate/Styrene Sulfonate Copolymer, Glycerin, Cetrimonium Chloride, Trimethylsilylamodimethic one (And) C11-15 (And) Pareth-5 (And) C11-15 Pareth-9, Propylene Glycol, PEG - 12 Dimethicone, PEG - 40 Hydrogenated Castor Oil, Cocamidopropyl Betaine, Panthenol, Parfum, Benzyl Alcohol (And) Methylchloroisothiazolino ne (And) Methylisothiazolinone, Citric Acid, Triethanolamine, Hexyl Cinnamal, Alpha-Isomethyl Ionone, Coumarin.

                                                         Moja opinia:                                                    

Opakowanie: buteleczka 130 ml wykonana z twardego plastiku. Nieprzezroczysta, jednak pod światło widać zawartość, więc zużycie można kontrolować na bieżąco. Wyposażona w atomizer, który jest fatalnej jakości. Nie wiem, czy tylko mi trafiło się felerne opakowanie, ale psikacz ani trochę nie spełnia swojego zadania. Cieknie bokami, spodem, właściwie cieknie zewsząd, w dodatku się zacina. Jednym razem rozpyla ładną mgiełkę, innym razem pluje wielkimi kroplami. 



Zapach: nie każdemu przypadnie do gustu - mi nie przypadł :P Jest słodki i mdły, wyczuwam w nim męską nutkę i troszkę pudru. Na szczęście nie utrzymuje się długo na włosach.

Działanie: spójrzmy, co obiecuje producent

  • włosy są miękkie i elastyczne 
Owszem, mgiełka troszkę zmiękcza. Zazwyczaj stosowałam ją na mokre jeszcze włosy, ułatwiała rozczesywanie i wówczas wyraźnie czuć było większą miękkość. Jednak po wysuszeniu wyglądam jak jeżozwierz - włosy są mocno napuszone, każdy sterczy w inną stronę, ciężko je ułożyć.
Zwiększenia elastyczności nie zauważyłam.
  • nadaje im zdrowy wygląd i jedwabisty połysk
Nie, nie i jeszcze raz nie. Zero połysku, o zdrowym wyglądzie też raczej nie ma mowy. Przez to puszenie, włosy wyglądają jak popalone, a nie zdrowe i elastyczne.
  • zapobiega puszeniu i elektryzowaniu się włosów
Z puszeniem jest zupełnie odwrotnie, natomiast z zapobieganiem elektryzowaniu radzi sobie nie najgorzej. Właściwie to moja pierwsza zima, podczas której zupełnie zapomniałam o tym problemie.

Podsumowując: jestem średnio zadowolona, obecnie używam jej tylko na same końcówki, ale szczerze mówiąc nie zauważam, żeby były jakoś szczególnie chronione - rozdwajają się nadal, mimo różnych zabezpieczeń.

Cena: ok 6-8 zł

Moja ocena: 3/5
                                               Na tapetę idzie mleczko:                                        


                                                       Od producenta:                                                

Mleczko stworzone specjalnie do ochrony włosów narażonych na działanie wysokiej temperatury podczas używania suszarki, prostownicy lub lokówki. Unikalna formuła zawiera kopolimery, które pozostawiają na włosach specjalny film zabezpieczający włosy przed wysuszeniem, dzięki czemu stają się one mocniejsze i łatwiej się rozczesują.

                                                              Skład:                                                         


                                                          Moja opinia:                                                   

Opakowanie: miękka tuba 150 ml w designie typowym dla całej linii "Termoochrona". Stylistyka opakowań całkiem mi się podoba, przypomina mi trochę profesjonalne, salonowe produkty. Wygodne zamykanie. Wielki plus za to, że tubkę stawiamy do góry nogami, dzięki czemu będzie można łatwo zużyć produkt do ostatniej kropli.


  Zapach: identyczny jak w przypadku mgiełki.

Konsystencja: średnio gęste, białe mleczko o dosyć lekkiej konsystencji. Łatwo rozprowadzić na włosach, łatwo też spłukać. 


Działanie: Obietnice producenta są identyczne jak w przypadku mgiełki. A działanie ? Z tym bywa różnie. 

Właściwie używając tego mleczka, nieraz czuję się jakbym miała rozdwojenie jaźni. 
Jednym razem po zastosowaniu i wysuszeniu włosów jestem zadowolona - nie czuć absolutnie żadnego obciążenia (czego się bałam), włosy są gładsze, miękkie i błyszczące. Taki rezultat, ku mojemu zaskoczeniu, utrzymuje się przez calutki dzień, mimo wilgoci włosy nie puszą się i wyglądają ładnie.

Zaś innym razem efekt jest kompletnie odwrotny - włosy oklapnięte, bez wyrazu, matowe i napuszone. Ponadto bardzo nie miłe w dotyku, sztywne i łatwo się plączą . Już pod wieczór wyglądają nieświeżo.

Próbowałam już kilka razy, myłam włosy tym samym szamponem, stosowałam tą samą odżywkę, a efekty bywały raz świetne, raz beznadziejne. Szczerze, nie mam pojęcia co może być przyczyną. Mleczka obecnie nie używam, bo to ruletka, nigdy nie wiadomo jaki będzie finał.

Cena: ok 7-8 zł

Moja ocena: 3/5


Stosujecie produkty termoochronne ? Znacie te z Marion ?

NOTD # 1 - Lawendowe Wzgórza od Bell

Postanowiłam wprowadzić nową serię do mojej blogowej twórczości, z pewnością dobrze Wam znane: 
NOTD - Nails Of The Day.

Moja kolekcja lakierów powiększa się z każdym miesiącem, więc od czasu do czasu będę Wam prezentować aktualnych ulubieńców. 

Zaczynamy od najnowszego odkrycia, Bell Fashion Colour w kolorze 304. Urzekł mnie od pierwszego wejrzenia, na myśl momentalnie przywodzi mi porośnięte lawendą wzgórza. Dodatkowo, delikatny shimmer potęguje jego urok.

Lakiery Bell znajdują się w czołówce moich faworytów, kolory z którymi spotkałam się do tej pory charakteryzowało dobre krycie, szybkie wysychanie i całkiem przyzwoita trwałość. Z tym nie mogło być inaczej.

Średnio długi i miękki pędzelek nie sprawia żadnych problemów, nawet słabo wprawnej ręce. Konsystencja ideał - nie za rzadka, nie za gęsta. Pięknie się rozprowadza, nie zalewając przy tym skórek.


Do pełnego krycia potrzeba dwóch warstw, przy czym jedna też daje ciekawy efekt, choć nie w pełni kryjący. 
Czas schnięcia oceniam na średni. Jedna warstwa wysycha błyskawicznie, druga troszkę się ślimaczy, ale także nie jest najgorzej, jeśli warstwy nie będą za grube, po 15 minutach mamy gotowy manicure.

W zależności od oświetlenia, troszkę zmienia swoje oblicze. Raz jest fioletem o różnej intensywności, innym razem miesza się tam troszkę różu. 
Mi zdecydowanie bardziej podoba się ta jego jaśniejsza strona.






Przepraszam za poobdzierane skórki na środkowym palcu, za nic nie mogłam się ich pozbyć.


Podobają Wam się takie różo-fiolety, czy to nie Wasza bajka ?

P2 - Pomadka Pure Color "Copacabana", czyli zimo precz !


Dzisiejszego ranka, me oczy ujrzały za oknem śnieżny armagedon. Po raz pierwszy żałowałam, że nie mieszkam w centrum miasta, a na obrzeżach. Okolice mojego domu wyglądały jak najdalszy zakątek alpejskiej wioski.
Niektóre okna miałam zasypane średnio do połowy wysokości. 

Na przekór tej okropnej pogodowej aurze, sięgnęłam po najbardziej wakacyjną i pozytywną pomadkę jaką posiadam w swoich zbiorach. Mowa o P2 Pure Color, w przepięknym kolorze 059 "Copacabana".



Estetyczne, srebrne i solidne opakowanie skrywa w sobie szminkę w kolorze, który urzekł mnie od pierwszego wejrzenia. Soczysty, koralowo - różowy, idealnie wpasowuje się w me gusta.


  Dodatkowego smaczku dodaje jej wytłoczenie loga marki.


Długo się nim nie nacieszyłam, gdyż po jednej, maksymalnie dwóch aplikacjach, wytłoczenie znika (co oczywiście jest rzeczą zupełnie naturalną). Na pamiątkę mam fotkę ;) Wiem, że to pierdoła, ale lubię takie rzeczy. Jakaś drobna aplikacja, wytłoczenie, grafika - niewątpliwie cieszy oko.

                   Plusy:                
  • delikatna, średnio miękka konsystencja,
  • bezdrobinkowa,
  • nie wysusza ust, nie powoduje żadnego dyskomfortu,
  • równomiernie się ściera,
  • satynowe wykończenie, czyli mój ideał


                  Minusy:                
  • może troszkę zbierać się w załamaniach,
  • podkreśla suche skórki
  • krycie mogłoby być odrobinę mocniejsze

Na ręce:


Na ustach:



Jak widzicie na ręce prezentuje się bardziej intensywnie, na moich ustach traci troszkę tej swojej wyrazistości. 
Jednak kolor jest tak cudowny, że wszystkie te jej drobne minusiki mnie nie obchodzą - kocham ją bezgranicznie i już nie mogę doczekać się wiosny. W słoneczny, pogodny dzień będzie prezentowała się jeszcze lepiej. 

 Tak więc głośno i dobitnie mówię - zimo precz !


Kto chce wiosnę łapka w górę :)

Pielęgnacja po koreańsku - Maseczka wybielająco-rozświetlająca


Maseczki w formie saszetki są moimi ulubieńcami, mogę używać różnych na przemian, a jak któraś okaże się niewypałem, nie szkoda mi wyrzucać całej tubki. 
W drogeriach wybór saszetkowych mazideł jest spory, więc eksperymentuje z różnymi nowinkami (przynajmniej dla mnie).

Tym razem skorzystałam z promocji w Super Pharm na maseczki koreańskie firmy Oriental Secret. Wsród kilku dostępnych, wybrałam wersję wybielająco-rozświetlającą.


                                                    Od producenta:                                                   

Wyciąg ze storczyka japońskiego regeneruje i wzmacnia strukturę naskórka, działa kojąco, odświeżająco, wzmacniająco na skórę, jest bogaty w polifenole, które zapobiegają powstawaniu zmarszczek. Wyciąg z piwonii lactiflory rozjaśnia skórę, działa kojąco oraz przeciwbakteryjnie. Strzęplica piramidalna odżywia skórę. Powyższe składniki pozostawiają skórę zdrową i naenergetyzowaną. Maseczka posiada właściwości antyzapalne oraz wybielające skórę.
Opakowanie zawiera 1 maskę do nałożenia na twarz w formie płatka z otworami na oczy, nos i usta.

                                           Skład i sposób użytkowania:                                      


                                                         Moja opinia:                                                    

W saszetce znajdziemy złożoną w kostkę tkaninę, która strukturą przypomina troszkę fizelinę. Jest bardzo mocno nasączona, wręcz z niej kapie.


Po rozłożeniu ukazuje się nam przyjazna buźka ;)
(na zdjęciu już po użyciu)


Zapach: fiołkami nie pachnie - zapach jest roślinny, dziwny troszkę. Mi najbardziej przypominał skrobię ziemniaczaną lub coś innego związanego z ziemniakami. Ostatecznie jednak to nie jest najważniejsze, nie był na tyle intensywny, żeby uprzykrzać czas poświęcony na relaks z maską na twarzy.

Działanie: po nałożeniu maski na twarz czuć przyjemne orzeźwienie, które utrzymuje się przez dłuższy czas. Producent sugeruje trzymanie jej od 20 do 30 minut, ja trzymałam ok 35 min i w tym czasie praktycznie cały płyn, którym nasączona była tkanina, wchłonął się w skórę. Początkowo nadmiar troszkę spływał po szyi, więc wcierałam sobie to w dłonie i one też na tym skorzystały.
Podczas użycia nie występuje żadne pieczenie, mrowienie czy inny dyskomfort.

A jakie efekty ukazały się mym oczętom po ściągnięciu maski ?

Początkowo skóra była lekko lepka, po mniej więcej 5 minutach resztki pięknie się wchłonęły, pozostawiając skórę miękką i gładką. 
Chyba mylnie sądziłam, że jeśli maseczka w założeniu ma pomagać w zwalczaniu przebarwień, to wyciszy także wszelkie zaczerwienienia, niestety tak się nie stało. Wszystko jak było przed, tak jest po - nie zauważyłam rozświetlenia, ani tym bardziej minimalnego choć rozjaśnienia.
Poza tym, wszystkie inne obietnice są w 100% wiarygodne, twarz jest przyjemnie wygładzona, odświeżona. Nawilżenie może nie jest kolosalne, ale nakładając ją wieczorem, rano nadal czułam komfort dobrze odżywionej skóry.

Podsumowując: maseczka z pewnością nie należy do bubli, ale jeśli komuś najbardziej zależy na wyciszeniu cery, może spotkać go zawód.

Dostępność: Super Pharm

Cena: ok 7-9 zł

Moja ocena: 3,5/5

Lubicie maseczki w formie tkaniny ? Jaka jest wasza ulubiona ?

Zobacz także:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...