Pokazywanie postów oznaczonych etykietą twarz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą twarz. Pokaż wszystkie posty
Evrēe Magic Rose | Upiększająca kuracja do twarzy i szyi

poniedziałek, grudnia 29, 2014

Evrēe Magic Rose | Upiększająca kuracja do twarzy i szyi


Hej ho! O Magic Rose pojawiło się już wiele opinii, nie zaszkodzi jednak, jeśli i ja dorzucę swoje trzy grosze. Jestem idealnym przykładem tego, że czasem warto przełamać swój upór i spróbować czegoś, co wcześniej wydawało nam się zupełnie chybionym pomysłem. Jeszcze do niedawna właśnie tak myślałam o olejach do twarzy, tymczasem znalazłam prawdziwą perełkę. Jeśli więc tak jak ja, masz cerę mieszaną, problematyczną, być może też naczynkową i sądzisz, że oleje zupełnie nie sprawdzą się w Twojej pielęgnacji, spróbuj powolutku i świadomie je wprowadzać, a najpewniej przekonasz się, że byłaś w błędzie. 


Green Pharmacy - Płyny micelarne 3w1 Owies i Rumianek

piątek, lipca 11, 2014

Green Pharmacy - Płyny micelarne 3w1 Owies i Rumianek


Płyny micelarne, to jedyny środek do demakijażu jaki uznaję, nie sprawdzają się u mnie żadne mleczka, emulsje i inne tego typu produkty. Mam bardzo wrażliwe, alergiczne i podatne na wszelkiego rodzaju podrażnienia oczy, dlatego od produktów do demakijażu wymagam sporo i choć na rynku płynów jest ogrom, tak naprawdę tylko niewielka garstka do czegokolwiek się nadaje. Swoich ulubieńców w tej kategorii już mam, jednak nic nie stoi na przeszkodzie, żeby próbować nowości.
Jedną z nich są Płyny micelarne 3w1 Green Pharmacy, które otrzymałam już jakiś czas temu od klubu Elfa Pharm. Lubię tę firmę, dlatego ucieszyło i zaciekawiło mnie pojawienie się miceli w ich ofercie, wiem że wiele z Was także. Jak się sprawdziły ? Po 3 miesiącach testów jestem częściowo na tak, częściowo na nie. 


Płyny dostępne są w dwóch wersjach - Owies i Rumianek oraz w dwóch pojemnościach - 250 ml i 500 ml. Mniejsza butelka to koszt około 8 zł, a większa 12 zł, więc stosunek pojemności do ceny jest rewelacyjny i czyni z nich jedną z lepszych ofert na rynku. Wersja Rumiankowa dedykowana jest do wszystkich typów cery, natomiast Owies szczególnie dla cer delikatnych i wrażliwych, z czym lekko się nie zgadzam, ale o szczegółach za chwilę.

"Bezzapachowy. Działa potrójnie: oczyszcza, tonizuje i nawilża. Do codziennej pielęgnacji. Wzbogacony kojącym ekstraktem z rumianku lekarskiego i nawilżającym pantenolem. Łagodzi podrażnienia, daje elastyczność, sprężystość i gładkość skóry, chroni przed utratą wilgoci. Pozostawia uczucie komfortu oraz gładką i miękką cerę."

"Bezzapachowy. Działa potrójnie: oczyszcza, tonizuje i nawilża. Do codziennej pielęgnacji. Wzbogacony łagodzącym i regenerującym ekstraktem z owsa i nawilżającym pantenolem. Łagodzi podrażnienia, daje elastyczność, sprężystość i gładkość skóry, chroni przed utratą wilgoci i pozostawia uczucie komfortu."

500 ml butelki, bo to właśnie one do mnie trafiły zaopatrzone są w klasyczny dozownik na "pstryczek", który w konfrontacji z wielkością opakowania wypada dość słabiutko i jest średnio poręczny. W wersji owsianej zatyczka częściowo urwała się już przy pierwszym użyciu, jest zwyczajnie zbyt delikatna. Dużo fajniej sprawdziłaby się tutaj pompka lub jakaś solidniejsza konstrukcja zatyczkowo-dozująca. Płyny w łatwy sposób rozróżnić można po kolorze zatyczek, owies - żółta, rumianek - zielona i to rozwiązanie uważam za świetne. Całość ozdabia bardzo miła dla oka i typowa dla marki szata graficzna.

Płyny rzeczywiście są zupełnie bezzapachowe, mają w miarę proste składy, różnią się między sobą tylko i wyłącznie tytułowym składnikiem, jeden zawiera ekstrakt z rumianku, drugi zaś ekstrakt z ziaren owsa. 


Zasadniczo pod względem skuteczności oba płyny sprawdzają się porównywalnie, są dobre, ładnie radzą sobie ze zwykłym, dziennym makijażem, zmywają tusze, pomadki, kredki, odrobinę więcej czasu potrzebują aby zmyć produkty kremowe, ale generalnie znika wszystko. Wersja rumiankowa jest przyjemniejsza w użytkowaniu, wydaje się łagodniejsza i delikatniejsza. Owsiana lubi natomiast powodować pieczenie oczu, co przy moich często podrażnionych patrzałkach jest dosyć bolesne, dlatego zrezygnowałam ze stosowania jej do twarzy, świetnie natomiast służy mi do mycia makijażowego jajka.
W założeniu płyny pełnić mają rolę 3w1, czyli oczyszczać, tonizować i nawilżać, rzeczywiście po użyciu skóra jest miękka i lekko nawilżona, jest też niestety pokryta lepką warstewką, delikatną ale jednak. U mnie nie stanowi to problemu, po demakijażu płynem, myję twarz pianką i gąbeczką, więc tę warstewkę zmywam wodą. Może to być denerwujące dla osób, które zmywają twarz tylko płynem, nie używając już wody. Może, ale nie musi - wszystko zależy od Waszych upodobań.

Mam jedno ale, są to dwie ostatnie pozycje w składzie, po co to tu wpakowano ? Dla osób niezorientowanych, to pochodne formaldehydu, są dopuszczalne do stosowania w kosmetykach w małych stężeniach, jednak nie znaczy to, że są zupełnie obojętne dla naszej skóry, z pewnością powinny się go wystrzegać kobiety w ciąży. Przecież jest cała masa mniej drażniących konserwantów, które z powodzeniem zastosować można w tego typu środkach. Nie jestem składowym specem ani freakiem zakręconym na punkcie ekologii, być może demonizuję, bo naczytałam się sporo, ale jeśli mam wybór, decyduję się na produkty bez tego składnika.


Szybki test, na ręce mam: cienie w kremie, cienie prasowane, tusz, żelowy eyeliner, konturówkę do ust, pomadkę, róż w kremie. Kremowe formuły są najtrwalsze, ale po 3 przemyciach i one dają za wygraną.


Podsumowując, uczucia mam mieszane. Z jednej strony działanie całkiem mnie zadowala, z drugiej zaś pojawia się temat składu, gdyby trochę go zmodyfikowano myślę, ze rumiankowa wersja mogłaby zagościć u mnie na stałe.


Miałyście okazję wypróbować micele Green Pharmacy ? Jakie są Wasze wrażenia ? A może macie w planach ich zakup ?

The Body Shop Facial Buffer | Peelingująca gąbeczka do twarzy

środa, czerwca 25, 2014

The Body Shop Facial Buffer | Peelingująca gąbeczka do twarzy


Złuszczanie martwego naskórka na mojej problematycznej cerze zawsze przysparzało mi trochę zmartwień. Ze względu na kruche naczynia krwionośne odpadały, rzecz jasna, wszelkie peelingi mechaniczne, o eksfoliacji mocniejszymi kwasami także mogę zapomnieć, a peelingi enzymatyczne nie zawsze sobie ze wszystkim radziły. Moim największym utrapieniem były suche skórki - między brwiami, na skrzydełkach nosa, na policzkach, czasami też na brodzie, generalnie wszędzie. Potrzebowałam czegoś do codziennego stosowania, co pozwoli mi pozbyć się tego kłopotu raz na zawsze. Z pomocą przyszła gąbeczka peelingująca The Body Shop "Facial Buffer".


"Delikatna gąbka peelingująca, usuwa martwy naskórek, pozostawia skórę gładką i miękką. Stymuluje mikrokrążenie skóry, idealna dla cer suchych, które wymagają regularnego złuszczania"

Wypatrzyłam ją już dawno temu na kanale Essiebutton, która niezmiernie ją sobie zachwalała, niektórzy porównują jej skuteczność do szczoteczki Clarisonic. To maleństwo kosztuje w granicach 3-4 funtów, także gdy tylko nadarzyła się okazja, nabyłam ją celem wypróbowania.

Jak ją stosować ?
Zmywamy makijaż, gąbeczkę moczymy w ciepłej wodzie, odciskamy i nanosimy na nią porcję żelu/pasty/emulsji do mycia twarzy. Kolistymi ruchami oczyszczamy twarz przez maksymalnie minutę, po czym zmywamy twarz wodą. Następnie możemy nakładać standardowo serum, krem do twarzy lub zastosować jakąś maskę, która na tak przygotowanej skórze, zadziała skuteczniej. 


Gąbeczka ma około 7-8 cm średnicy, z jednej strony posiada tasiemkę pod którą wsuwamy rękę i wygodnie możemy oczyścić twarz. Początkowo wydaje się bardzo ostra i w rzeczywistości jest solidnym drapakiem, dlatego przy bardziej wrażliwej cerze sugerowałabym ją odrobinę zmiękczyć, ja zrobiłam to peelingując sobie ramiona, oczywiście na mokro - nigdy nie stosujemy jej na sucho, bo podrażnienia mamy jak w banku. Po kilku takich użyciach gąbka zrobiła się zdecydowanie miększa i odważyłam się wypróbować ją na twarzy. Efekt po pierwszym razie był wow, skóra wypolerowana, gładziutka, świeża. Gąbka przeznaczona jest do codziennego stosowania, gdybym nie miała cery naczynkowej, z powodzeniem mogłabym jej tak używać, obecnie muszą wystarczyć mi 2-3 takie sesje w tygodniu. Skupiam się głównie na najbardziej zanieczyszczonej strefie, czyli: czoło, nos, broda, żuchwa, policzki natomiast omijam. Dodatkowo dbam, by nie trzeć skóry za mocno. 
W ostatnim roku moja cera zmieniła się z całkiem ładnej, w pobojowisko, z którym nie mogłam sobie poradzić, a po dwóch miesiącach oczyszczania gąbką TBS jej stan jest nieporównywalny. Brak suchych skórek, mniej widoczne pory, mniej brzydkich zaskórników, brak nowych, bolesnych i ropnych wyprysków z którymi męczyłam się od kilku miesięcy na linii żuchwy. Obecnie wszystko powoli się goi, przebarwienia ładnie się rozjaśniają i mam nadzieję, że odzyskam cerę sprzed roku.


Pozostała jeszcze kwestia higieniczności tej metody. Po każdym użyciu gąbkę piorę ręcznie, pozostawiam do wyschnięcia i chowam do woreczka. Raz w tygodniu parzę ją gorącą wodą. Wykonana jest z tworzywa, które bardzo szybko schnie, a wszelkie zanieczyszczenia bardzo łatwo się wypłukują, więc nie ma obaw, że po kilku zastosowaniach wewnątrz powstanie bomba biologiczna. Właściwie na dzień dzisiejszy jedyną oznaką zużycia jest spierający się napis, reszta wygląda świetnie i myślę, że spokojnie posłuży mi jeszcze przez najbliższy miesiąc, może troszkę dłużej. Później będę szukała okazji do ponownego zakupu.

Podsumowując, gąbeczkę polecić mogę właściwie dla każdej cery z wyjątkiem bardzo delikatnej i wrażliwej. Zachwycone nią powinny być właścicielki cer tłustych, a skłonność do pękających naczynek wcale nie musi być czynnikiem dyskwalifikującym tę metodę oczyszczania. 

Korzystacie z takich gadżetów ? Chętnie poznam Wasze typy produktów, które mogą pomóc w codziennym oczyszczaniu cery.

Balea Aqua - Serum do twarzy + Roll-On pod oczy | Lekka pielęgnacja na lato

niedziela, czerwca 22, 2014

Balea Aqua - Serum do twarzy + Roll-On pod oczy | Lekka pielęgnacja na lato


Lekkość, lekkość, lekkość. Ta myśl przyświeca mi, gdy wybieram produkty pielęgnacyjne na okres wiosenno - letni. Wodno-żelowe konsystencje, proste, dobrze współpracujące z makijażem formuły, optymalne nawilżenie, brak obciążenia, tego właśnie mi trzeba. Moja cera nie sprawia w tym czasie większych problemów, z ciężkiej do ogarnięcia mieszanej w kierunku suchej, zmienia się w mieszaną w kierunku normalnej. Pozwala choć czasowo zapomnieć o tym, czym są suche skórki, miejscowe przesuszenia i szalejąca strefa T, a osiągając tą względną stabilność, daje mi trochę wytchnienia.


Oczy mi się zaświeciły, gdy ponad rok temu, spacerując wśród alejek drogerii DM, napotkałam nową, nawilżającą linię firmy Balea. Przeżywałam wówczas wczesną fazę zafiksowania na punkcie wszystkiego, co z DM`u pochodzi, więc obładowana żelami pod prysznic, odżywkami i ciężko spamiętać czym jeszcze, na sam wierzch tego kosmetycznego stosu dorzuciłam też Serum do twarzy i Roll-on pod oczy z serii Aqua. 
Kosztowały grosze, jeśli dobrze pamiętam około 2-3 euro sztuka, więc nie było się nawet nad czym zastanawiać. Wraz z początkiem tegorocznej wiosny doczekały w końcu swojego czasu i bardzo przyjemnie mnie zaskoczyły. 


"Kojący i wzmacniający hydrożel pod oczy Aqua Balea nadaje się do wszystkich typów skóry. Działa kojąco i wzmacniająco, hydrożel zmniejsza opuchnięcie oczu. Zmarszczki wywołane odwodnieniem są zmniejszone, opuchnięcia są wygładzone. Widocznie wzmocniona skóra pod oczami jest ukojona i pełna komfortu. Rezultat: Zmarszczki wywołane odwodnieniem są zmniejszone, opuchnięcia są wygładzone. Widocznie wzmocniona skóra pod oczami jest ukojona i pełna komfortu. Nakładaj, masując kolistymi ruchami, dwa razy dziennie w okolicach oczu."

Palmę pierwszeństwa dzierżyć będzie Roll-On, gdyż to właśnie on szczególnie przypadł mi do gustu. 
W prostej, opatrzonej przyjemną grafiką tubce mieści się 15 ml produktu o bardzo leciutkiej, mleczno-żelowej formule. Zamiast typowego aplikatora, tubka zakończona jest metalową, ruchomą kuleczką, która to kupiła mnie zupełnie. Jest wybawieniem dla moich oczu, których stan, w letnich miesiącach, często odbiega od idealnego. Podrażnione, podpuchnięte, nierzadko też łzawiące i zaczerwienione - sprawka alergii na pyłki, trawy i inne cholerstwa. 
Kulka przyjemnie rozprowadza wokół oczu delikatną warstewkę produktu oraz zapewnia masaż, poprawiając tym samym mikrokrążenie i niwelując obrzęki. Ma jeszcze jedną fajną właściwość, bez względu na temperaturę otoczenia, zawsze pozostaje względnie chłodna i daje wspaniałe ukojenie. W wyjątkowo gorących dniach roll-on trzymam w lodówce, a gdy rano zaserwuje sobie taki chłodny masaż momentalnie mam +100 do ogólnego samopoczucia. 
W składzie znajdziemy wyciąg z opuncji figowej, pochodną witaminy E, pantenol i wyciąg z alg. Całość zapewnia delikatne i wystarczające nawilżenie, idealnie nadające się pod makijaż. Na noc stosuję już coś odrobinę bardziej odżywczego, natomiast dla młodszych cer z powodzeniem może to być produkt "całodobowy".


"Intensywnie nawilżające serum do twarzy dzięki aktywnemu kompleksowi kwasu hialuronowego przekazujemy skórze dodatkową dawkę wilgoci zapewniając skórze jędrność i elastyczność. Witamina E chroni przed wolnymi rodnikami, które są odpowiedzialne za przedwczesne starzenie się."

Serum natomiast skrywa się w 30 ml opakowaniu z aplikatorem typu air-less, czyli coś, co lubię najbardziej. Pompka działa bez zarzutu, a jedno jej naciśnięcie pozwala wydobyć ilość wystarczającą do pokrycia całej twarzy. Konsystencją niewiele różni się od roll-onu. Jest lekka, wodno-mleczno-żelowa i wchłania się błyskawicznie. Nie pozostawia po sobie zupełnie żadnej zewnętrznej warstwy, ani znienawidzonej przeze mnie lepkości. Nawilża i właściwie nie robi nic więcej, ale to mi wystarcza. Do tego stopnia, że obecnie na serum nie używam już żadnego kremu, nie czuję takiej potrzeby. Skóra jest nawodniona, nieprzeciążona i świetnie przygotowana na lekki makijaż. Skład produktu jest bardzo prosty, jeszcze prostszy niż w przypadku produktu pod oczy. Nieco obawiałam się gliceryny, na której produkt jest oparty, ale moja cera reaguje na nią zupełnie neutralnie. 
Serum Aqua również używam tylko na dzień, nocą stawiam na troszkę bogatsze produkty.
Zapomniałam wspomnieć o zapachu. W obu przypadkach jest taki sam, delikatny, niedrażniący ze świeżą zieloną nutą. Całkiem przyjemny w odbiorze.


Podsumowując, oba produkty nie są jakieś wybitne, nie sprostają dużym wymaganiom, ale z pewnością zapewnią optymalną i podstawową pielęgnację tłustych, mieszanych i normalnych cer w okresie letnim, dla suchych mogą być za słabe. Nie są to kosmetyki zwalające z nóg, ale jeśli ktoś ma ochotę, śmiało można je wypróbować. W serii znajduje się też maska-kompres oraz krem do twarzy.


Znacie serię Aqua ? A może mogłybyście polecić mi swoje sprawdzone, lekkie produkty do pielęgnacji w okresie letnim ?

HexxBOX - Poznaj i testuj z 1001 pasji! Lumene - Rozświetlający krem pod oczy Bright Now Vitamin C

środa, kwietnia 09, 2014

HexxBOX - Poznaj i testuj z 1001 pasji! Lumene - Rozświetlający krem pod oczy Bright Now Vitamin C

O HexxBoxie słyszał już chyba każdy, kto na co dzień obraca się w blogowym świecie. Jeśli jednak akcja jest Wam obca, na blogu 1001 pasji znajdziecie wszystkie szczegóły.


Kilka miesięcy temu, właśnie w ramach HexxBoxa, otrzymałam do testów Rozświetlający krem pod oczy Bright Now Vitamin C firmy Lumene. To, że Asia wybrała mojego bloga było dla mnie dużym zaskoczeniem i wyróżnieniem zarazem :) 

Z recenzją zwlekałam dość długo, chciałam zużyć krem do końca - to raz, a dwa - czekałam na przyjście wiosny, aby sprawdzić jak podoła w pielęgnacji moich podrażnionych przez alergię oczu.


                                                   Od producenta:                                                    
Zawiera ekstrakt z maliny moroszki oraz kapsułki witaminy C.
Nawilża i chroni skórę przed szkodliwym działaniem środowiska. Pigmenty skutecznie rozświetlają dając efekt świeżego, promiennego spojrzenia. Dzięki zawartości witaminy E zapobiega powstawaniu i wpływowi wolnych rodników w komórkach oraz poprawia mikrokrążenie w skórze. Bezzapachowy. Wolny od parabenów, olejów mineralnych i syntetycznych barwników.
                                                          Skład:                                                             


                                                        Moja opinia:                                                     

Niewielkie kartonowe pudełeczko, zabezpieczone hologramem, skrywa w sobie małą, 15 ml tubkę z miękkiego tworzywa. Karton, choć w całości anglojęzyczny, opatrzony jest naklejką od polskiego dystrybutora, na której znajdziemy najważniejsze informacje.
Krem dedykowany jest dosyć szerokiej grupie odbiorców, producent sugeruje przedział od 20 do około 50 roku życia, oczywiście wszystko jest kwestią bardzo indywidualną i zależy od stanu naszej skóry i jej potrzeb. 


Tubka wyposażona na końcu w bardzo wygodny aplikator. Zwężony dzióbek pozwala dozować jednorazowo niewielkie porcje kremu, dzięki czemu produkt nie marnuje się i starcza na dłużej. Jeśli już jestem przy wydajności, warto o niej wspomnieć. Ta mała, 15 ml tubeczka starczyła mi na bite pół roku codziennego używania (przeważnie 2 x dziennie). Możecie mi wierzyć, że nie skąpiłam jeśli chodzi o nakładaną ilość, a on był i był i był. 
Do niewątpliwych plusów mogę zaliczyć przyjemną konsystencję, jest kremowa, niezbyt gęsta, ładnie się rozprowadza i wchłania, ale pozostawia delikatną i lekko wyczuwalną warstewkę, co akurat ja bardzo lubię. Całe szczęście, krem nie posiada w sobie żadnych rozświetlających drobinek, jest zupełnie czysty.


Moja skóra wokół oczu liczy sobie 27 wiosen, ma tendencje do przesuszania, ponadto jako alergik mam ogromne problemy z łzawiącymi kącikami, a przez to także z zaczerwieniami oraz podrażnieniem tych rejonów. Dodatkowo borykam się ze sporymi zasinieniami. Znalezienie dobrego kremu nie jest tak prostą sprawą, zwykłe nawilżacze nie są już dla mnie wystarczające, stawiam na produkty wielozadaniowe. 

Czy Lumene podołał moim oczekiwaniom ? I tak i nie.

Krem jest bardzo delikatny, nie podrażnia nawet tak wrażliwych oczu jak moje, nie powoduje pieczenia jeśli nałożymy go na obszary zaczerwienione. Konsystencja kremu jest na tyle lekka, że świetnie nadaje się pod makijaż, jednak nałożony zbyt obficie może powodować rolowanie korektora - to kwestia wyczucia produktu. 
Po kilku tygodniach stosowania zauważyłam jakąś zmianę, ale początkowo nie skojarzyłam w czym rzecz, dopiero po jakimś czasie załapałam - cienie pod oczami zmalały, w moim przypadku wyraźnie, co znacznie poprawiło ogólny wygląd całej twarzy. Nie wydaje mi się, aby za taki stan rzeczy odpowiedzialne były inne czynniki, w czasie stosowania kremu nie zmieniałam pielęgnacji ani sposobu odżywania, nie stosowałam też dodatkowych suplementów, także coś jest na rzeczy. Nie mogę powiedzieć, że cienie zniknęły zupełnie, są nadal, jednak największą różnicę widzę podczas robienia makijażu. Obecnie wystarczy mi jedna normalna warstwa korektora pod oczy, gdy w najgorszych momentach potrzebowałam konkretnej szpachli. 
Przeważający okres stosowania przypadał u mnie na przełomie jesieni-zimy oraz wczesną wiosnę. Niestety krem nie do końca radził sobie z zapewnieniem skórze odpowiedniej dawki nawilżenia. Brakowało mi tego zwłaszcza nocą, nie pomagała nawet grubsza warstwa, rano wiało suszą. Natomiast w momencie, gdy na zewnątrz zrobiło się cieplej, wzrosła wilgotność, a w domu nie korzystaliśmy już tak często z centralnego ogrzewania, było dużo lepiej, choć nadal nie na tyle, bym mogła go określić mianem kremu uniwersalnego na dzień i na noc.

Problem zmarszczek dotyczy mnie w małym stopniu, a że byłam bardzo ciekawa jak krem sprawdziłby się na dojrzalszej skórze, skorzystałam z kilkudniowej wizyty mamy, która jest 50+ i testowałyśmy jego skuteczność. Skóra pod oczami u mojej rodzicielki jest już nieco wiotka, ma także trochę zmarszczek mimicznych i tutaj krem super poradził sobie nawet stosowany doraźnie. Nałożony solidną warstwą, momentalnie się wchłaniał i dawał optyczny efekt naprężenia i wygładzenia skóry. Biorąc jednak pod uwagę jego nie najlepsze możliwości nawilżające, myślę, że na dłużą metę i w tym wypadku mógłby się nie sprawdzić. 

Podsumowując, określiłabym ten produkt jako krem na dzień na okres okres wiosenno-letni dla skóry mniej wymagającej. Wydaje mi się, że u osób w wieku 20-25 działanie byłoby w pełni wystarczające, dla tych w okolicach 30 (i wyżej) może być zbyt słaby w kwestii nawilżania.

Cena: ok. 55 zł
Dostępność: sklepy internetowe, np. igruszka 

Znacie krem Lumene ? 
A może macie jakieś doświadczenia z innymi produktami pielęgnacyjnymi tej firmy ?
W brokule siła, w brokule moc ? Balea Nature - Krem na noc

piątek, stycznia 24, 2014

W brokule siła, w brokule moc ? Balea Nature - Krem na noc



Balea znana jest w blogosferze głównie z pięknie pachnących żeli pod prysznic oraz szamponów i odżywek o prostych, acz skutecznych składach. Gdy w maju zeszłego roku miałam okazję odwiedzić jedną z drogerii DM, szukałam wśród asortymentu tej firmy czegoś nowego, co warto byłoby wypróbować. I tak mój wzrok napotkał serię Balea Nature. W jej skład wchodzą tylko dwa produkty: Krem na dzień z ekstraktem z pomidora oraz Krem na noc z olejem z bio-brokułów. Oba produkty zawierają informację o zawartości 95% składników pochodzenia naturalnego.

Jako, że kremów na dzień miałam w nadmiarze, postawiłam na wersję nocną. Z kosmetykami zawierającymi olej z nasion brokułów nie spotkałam się nigdy wcześniej, więc ciekawość była spora.


                                                     Od producenta:                                                  

Moja znajomość języka niemieckiego jest raczej podstawowa, więc posiłkowałam się geniuszem translatora ;)

Naturalny krem na noc Balea Nature z organicznym olejem z nasion brokułów wspiera naturalną barierę ochronną skóry. Organiczny olej z oliwek, znany z wielu korzystnych właściwości, dba o skórę i sprawia, że staje się ona miękka. Olej z nasion brokułów z Włoch bogaty jest w nienasycone kwasy tłuszczowe. Lekki olej szybko się wchłania, nie pozostawiając tłustego filmu na skórze.  Przeznaczony do każdego rodzaju cery, nawet wrażliwej. 95% składników pochodzenia organicznego. Bez parabenów, silikonów, barwników i olejów mineralnych.
Krem jest wegański.

                                                              Skład:                                                         


                                                          Moja opinia:                                                   

Krem zapakowany jest w kartonik opatrzony miłą dla oka grafiką, znajdziemy tam też szereg wyczerpujących informacji dotyczących produktu i składników w nim zawartych. Sam produkt zamknięty jest w małej, 50 ml tubce wykonanej z miękkiego i nieprzezroczystego tworzywa. Klasyczne zamknięcie na zatrzask. 
To co od razu mi się spodobało, to fajna, średnio gęsta i treściwa konsystencja, ale w żadnym razie nie tłusta. Ładnie i lekko się rozsmarowuje. Wchłanianie może nie należy do ekspresowych, ale w tego typu produkcie zupełnie mi to nie przeszkadza. Nakładam solidną porcję na twarz, wklepuję i idę spać.


Zapach wzbudzał moją największą ciekawość. Myślałam, że może być lekko cierpki i warzywny. Nic z tych rzeczy. Pachnie bardzo przyjemnie, świeżo, ma w sobie roślinną nutę. Jednocześnie jest delikatny, więc zapachowym wrażliwcom nie powinien nastręczać problemów. Po nałożeniu na twarz bardzo szybko ulatuje i staje się zupełnie niewyczuwalny.

Krem oparty jest na glicerynie i trójglicerydach, kawałek dalej znów mamy tłuste emolienty, więc warto byłoby wiedzieć, czy te składniki Was nie zapychają, gdyż są komedogenne i mogą sprzyjać powstawaniu zaskórników. Moja cera wydaje się być odporna, nigdy nie zaobserwowałam negatywnego wpływu owych. 
Gdzie są tytułowe oleje ? Mniej więcej w połowie pojawia nam się w końcu oliwa z oliwek i olej z pestek brokułów. Źle nie jest, mogłoby jednak być lepiej.

Patrząc na skład można by podejrzewać, że krem będzie bardzo ciężki w odbiorze, a w rzeczywistości zaliczyłabym go do tych lżejszych. Moja mieszana cera zareagowała na niego bardzo pozytywnie, czasem pojawił się jakiś wyprysk, ale nie wydaje mi się, aby to właśnie krem był winowajcą.

Używałam go od jesieni, moja skóra zaczyna wówczas strasznie kaprysić, centralne ogrzewanie, duże wahania temperatury i mamy klops. Wiecznie zmagam się z suchymi skórkami i uczuciem niedostatecznego nawilżenia. 
Czy Balea Nature sprostał tym wyzwaniom ? Jak najbardziej.
Jak już wspomniałam, stosowałam krem codziennie wieczorem. Sporą dawkę  wklepywałam w twarz i udawałam się lulu. Rano cera była gładka, odprężona, strefa T matowa!, dla mnie bajka. Skóra była wystarczająco odżywiona, ale nie przeciążona. Jeśli chodzi o nawilżenie określiłabym go jako optymalne, choć posiadaczki cer dojrzalszych lub suchych mogą czuć pewien niedosyt. 

Podsumowując, jestem bardzo pozytywnie zaskoczona. Co prawda nie jest to produkt zupełnie naturalny, ale uważam, że Balea idzie w dobrym kierunku. Fajnie byłoby, gdyby seria była kontynuowana i pojawił się większy wybór wśród produktów pielęgnacyjnych. Wersje dla różnych typów cer byłyby świetnym pomysłem.

Cena: zapłaciłam nieco ponad 3 €

Dostępność: drogerie DM, allegro

Moja ocena: 4,5/5


Znacie tę serię ? 
A może miałyście okazję spotkać inne produkty zawierające olej z nasion brokułów ?
Nie marszcz się! Aktywna odnowa i wygładzenie z DermoPharma

piątek, listopada 29, 2013

Nie marszcz się! Aktywna odnowa i wygładzenie z DermoPharma



Uświadomiłam sobie ostatnio, że mając już prawie 27 wiosen na karku warto byłoby zadbać nieco bardziej o prewencję przeciwzmarszczkową. Co prawa, matka natura jak na razie jest dla mnie hojna, bowiem pierwsze oznaki starzenia są u mnie bardzo mało widoczne. Jedyny rejon, z którym mam mały problem, to czoło, na którym ujawniają się poziome zmarszczki mimiczne. W dni gdy jestem wypoczęta, są płyciutkie i mało widoczne, gorzej jest jeśli nie mam czasu się wyspać - wtedy potrafią zrobić się całkiem wyraźne. 

Do tej pory stawiałam głównie na porządne i odpowiednie nawilżenie, myślę, że jest to klucz do zachowania skóry w dobrej kondycji. Od czasu do czasu jednak, warto zadziałać czymś silniejszym.

Z pomocą przyszła mi niedawna przesyłka od DermoPharma, w której znalazłam rewitalizujący duet. 


W jego skład weszła Maska Kompres 4D "Efektywna regeneracja i wygładzenie" oraz Ampułka Active Collagen.

Maski 4D miałam okazję poznać już wcześniej, do tej pory stosowałam wersję nawilżającą, o której możecie przeczytać tutaj. 
Natomiast Ampułka była dla mnie nowością, więc moja ciekawość skumulowała się głównie na niej.

Zacznijmy jednak od maski.


                                                     Od producenta:                                                  


Skoncentrowane działanie substancji aktywnych - precyzyjne uderzenie w problem: 

Koenzym Q10 – chroni komórki przed niedotlenieniem, pobudza ich regenerację, nawilża i uelastycznia skórę, dzięki czemu drobne zmarszczki znikają a głębsze ulegają spłyceniu. 

Kwas  hialuronowy – utrzymuje prawidłową wilgotność naskórka i skóry właściwej. Chroni skórę przed przesuszeniem i wzmacnia jej właściwości ochronne.

Fitokolagen – neutralizuje wolne rodniki, zwiększa elastyczność i jędrność skóry. Wzmacnia naczynia krwionośne.

Ekstrakt z akacji senegalskiej – regeneruje i wygładza naskórek, ma działanie antyseptyczne.

Witamina E – antyoxydant, chroniący komórki przed utleniaczami. Nawilża i uelastycznia skórę,  skutecznie wspiera proces odnowy komórkowej.

Ekstrakt z alg – zawiera witaminy z grupy B, E i C a także ß-karoten. Wykazuje działanie antyrodnikowe, wzmacnia ściany naczyń krwionośnych, poprawia koloryt.

Alantoina – pochodna mocznika. Działa nawilżająco i wygładzająco, eliminuje podrażnienia.

Ekstrakt z zielonej herbaty – zawiera sole mineralne, mikroelementy, witaminy z grupy A, B oraz witaminę C, które odżywiają skórę, zapobiegają jej przesuszeniu i poprawiają koloryt.

Problem skóry: oznaki zmęczenia, pierwsze drobne zmarszczki, obniżona elastyczność, utrata kolorytu

                                                  Sposób użycia i skład:                                          


                                                         Moja opinia:                                                    

Kolorowe opakowanie kryje w sobie złożoną w kostkę maskę wykonaną z fizeliny (lub innego podobnego do niej materiału). Jest bardzo mocno nasączona, więc nasza spragniona skóra będzie miała co wchłaniać.
Po rozłożeniu ukazuje nam się klasyczna stworkowata postać. 
Tym razem prezentuje ją osobiście, doceńcie to :P


Po nałożeniu jej na twarz nie pozostaje nam nic innego, niż udać się na odprężający 20 minutowy wypoczynek. Ja trzymałam ją chwilkę dłużej. W ciągu tego czasu moja skóra dosłownie wypijała płyn z maski, zwłaszcza na czole i na policzkach - ściągając kompres z twarzy, tkanina w tych miejscach była niemal sucha. Nie odczuwałam przy tym żadnego dyskomfotu, zero pieczenia, strefa z rozszerzonymi naczynkami nie została podrażniona. Śmiało mogę powiedzieć, że było to miłe i bardzo relaksujące pół godzinki. Po zdjęciu kompresu resztki produktu lekko wklepałam i pozostawiłam do wchłonięcia, tak jak zaleca producent. 

W składzie maski znajdziemy szereg substancji aktywnych, które mają za zadanie odświeżyć, dotlenić, nawilżyć, uelastycznić i wygładzić naszą cerę. Wśród nich min: fitokolagen, kwas hialuronowy, koenzym Q 10, ekstrakt z zielonej herbaty, witamina E i coś dla naczynkowców Ekstrakt z Alg. 
Intensywne działanie widać gołym okiem. Moja skóra była mocno nawilżona, rozświetlona i wyraźnie jędrniejsza, a wszystkie zaczerwienienia zostały znacznie wyciszone.

Przyszedł czas na ampułkę.


                                                      Od producenta:                                                 


Odnowa i rewitalizacja - odbudowa włókien kolagenowych 

Profesjonalne serum-koncentrat, które zastąpi zastrzyki śródskórne z kolagenu. Zawarty w preparacie mikrokolagen łatwo wnika w głębokie warstwy skóry przeciwdziałając powstawaniu zmarszczek. Połączenie elastyny i NMF - naturalnego czynnika nawilżającego wpływa na odczuwalną  i błyskawiczną poprawę jędrności, elastyczności i nawilżenia. 


                                                   Skład i zastosowanie:                                         


Przepraszam za ostrość składu ;)

                                                        Moja opinia:                                                     

Serum zamknięte jest w szklanej 3 ml ampułce. Aby ją otworzyć należy ostrożnie ułamać szyjkę w miejscu zaznaczonym przez producenta. Najlepiej robić to przez chusteczkę lub kawałek materiału, nie trzeba do tego żadnej większej siły, przy średnim nacisku usłyszymy pyknięcie i ampułka będzie gotowa do użytku.


Tutaj mała uwaga! Jak widać na zdjęciu, brzegi fiolki są dosyć ostre, należy więc uważać aby się nie skaleczyć. Przed użyciem warto też przetrzeć brzeg papierem, tak by usunąć ewentualny odłamek szkła (u mnie taki się znalazł, bardzo cienki).

Na całą twarz, szyję i dekolt nałożyłam sporą porcję serum (mniej więcej 3/4 ampułki), po czym wykonałam krótki masaż i poszłam spać. Moja skóra niezbyt lubi się z oleistymi konsystencjami, co prawda tutaj jest taka pół na pół, jednak odrobinę mi to przeszkadzało. Nie lubię uczucia lepkiej skóry, a po aplikacji za każdym razem odczuwam lekkie mrowienie. W tym wypadku było tak samo, na szczęście w nieco mniejszym stopniu, więc byłam w stanie to znieść.

Wodno-oleista konsystencja o lekko pomarańczowym zabarwieniu ma nam zapewnić efekt porównywalny z zastrzykami śródskórnymi z kolagenu - brzmi profesjonalnie. I drogo.
Co prawda owym zastrzykom nigdy się nie poddawałam, nie wiem więc jaki efekt zapewniają, wiem natomiast jaki efekt przyniosła mi ampułka, a był on całkiem fajny, jak na produkt za około 10 zł.
Wygładzona cera, koloryt wyrównany, brak obrzęków i innych oznak zmęczenia, a było to w okresie dosyć dla mnie wyczerpującym. Wykonanie makijażu mogłam ograniczyć do minimum i nie wyglądało to źle.
A jak się miało moje czoło ? Nie oszukujmy się, serum i maska to nie żelazko, więc zmarszczek nie wyprasują, nawet tych pierwszych, jednak po takim odnawiającym wieczorze będą one z pewnością mniej widoczne, a cera wizualnie zyska na wyglądzie.

Byłoby jeszcze lepiej, gdyby producent zrezygnował z tak dużej ilości substancji konserwujących i barwników, które niestety możemy znaleźć w składzie serum.

Podsumowując uważam, że duet może dobrze sprawdzić się przed większym wyjściem, a w najbliższym czasie każda z Nas zapewne będzie takowe miała (Andrzejki, Święta, Sylwester). Z tej dwójki moim faworytem jest maska, będę  do niej z pewnością wracała i to właśnie ją polecić Wam mogę z czystym sumieniem. 

Cena takiego zabiegu (maska+ampułka) nie przekracza 20 zł, więc nie jest to wysoki koszt.

Te i inne produkty DermoPharma można kupić bezpośrednio w ich sklepie online. 

Moja ocena: 4/5



Jak się mają Wasze zmarszczki, dbacie o nie troszkę ? 

INSTAGRAM