Grudniowe nowości


To był obfity miesiąc i to wcale nie ze względu na świąteczne upominki, bo wśród nich tym razem kosmetyków było niewiele.

Zaszalałam zakupowo, zrealizowałam część z mojej chciej listy, czuję się kosmetycznie zaspokojona co najmniej do końca roku :D Oczywiście żartuję ;)


Jestem zdumiona ile tego jest, wydawało mi się, że kupuję po 1-2 rzeczy. Dopiero po zebraniu wszystkiego do kupy, widać że uzbierała się spora gromadka.


W oczekiwaniu na minusowe temperatury, zaopatrzyłam się w sporą dawkę kremów do rąk, które nadadzą się do użytku w trakcie zimy. Zestaw Cztery Pory Roku (krem wraz z peelingiem do dłoni) kupiłam w Tesco za ok 9 zł, zdążyłam się już z nim zapoznać i sprawuje się naprawdę w porządku.
Na krem z woskiem pszczelim Anida trafiłam w lokalnej zielarni - oczywiście nie mogłam przejść obok niego obojętnie, a Otulający balsam do rąk Pat&Rub to wynik przedświątecznej, 15% zniżki na stronie.

Po skarpetkowym peelingu postanowiłam regularnie dbać o stopy, aby jak najdłużej pozostały gładkie i miękkie. Regenerująca kuracja do stóp Sylveco ma mi w tym pomóc, mam nadzieję, że będzie to udana znajomość.


O GoCrandberry robi się ostatnio coraz głośniej, Solny Peeling do Ciała z Masłem Shea i Solą z Bochni to mój debiut z tą firmą - zobaczymy co z tego wyjdzie.

Otulające masło do ciała Pat&Rub, czyli 15% zniżki ciąg dalszy ;)

W poszukiwaniu idealnego produktu pielęgnacyjnego do biustu postawiłam tym razem na Serum wypełniające biust z Tołpy, opinie są bardzo zachęcające.

Korzystając ze świątecznego przyjazdu mojej Mamy poprosiłam ją o drobne zakupy w drogerii DM. Szał na niemieckie kosmetyki trochę mi już minął, ale małe co nieco nadal mnie kusiło. Z Balea wybrałam Jabłkowo-cynamonowy peeling pod prysznic i Kremowy olejek pod prysznic.
Dla Was też coś mam, ale o tym za kilka dni :)


Na dokładkę poprosiłam o jajo do nakładania podkładu z Ebelin. Ciekawi mnie ogromnie.
Nuxe Reve de Miel, czyli słynny już balsam do ust zakupiłam na Allegro w bardzo korzystnej cenie. Dodatkowo do zakupu dołączono kilka próbek Nuxe, dzięki czemu będę miała okazję wypróbować min. równie słynny suchy olejek.


Jeszcze odrobina pielęgnacji. 
Piankę Facelle nabyłam ze względu na moją miłość do pianek ogółem. Niestety do mycia włosów nie sprawdza się tak fajnie, jak klasyczna wersja w płynie, aczkolwiek do higieny intymnej nadaje się bardzo dobrze.
Kolejny antyperspirant Dove, tym razem GoFresh. To już chyba 4 lub 5 wersja zapachowa jaką będę próbować. Niebawem przygotuję o nich jakąś notkę, zasługują na uwagę.

Zimą zawsze zmagam się z przeraźliwą bladością skóry, a ciemne włosy potęgują jeszcze ten efekt. Doraźnie ratuje się samoopalaczem, który nadaje mi lekkiego kolorytu, takiego muśnięcia słońcem. Spray Sun Ozon z Rossmanna sprawuje się w tej roli rewelacyjnie.

Do Rybek GAL z witaminą A+E przymierzałam się dobry rok, w końcu mam i jestem zachwycona. Toż to geniusz jest! Serio.


Wreszcie mogłam uzupełnić troszkę pielęgnację włosową. Zużyłam większość zapasów i kupiłam nowości, które intrygowały mnie od dłuższego czasu.

Odżywka Nivea Long Repair i Szampon Tatarako-Chmielowy z Barwy w blogosferze przewijają się dosyć często, muszę wypróbować i ja.

Naftę Kosmetyczną z Biopierwiastkami miałam już kiedyś i dobrze się u mnie sprawdzała. Tym razem trafiłam na wersję z atomizerem, która eliminuje wszelkie niewygody w stosowaniu. 

Niedawno trafiłam na produkty Macrovita, które szczycą się świetnymi składami i dobrą jakością. Skusiłam się na Wzmacniający szampon przeciw wypadaniu włosów z imbirem i bio- czerwonymi winogronami, Odżywkę do włosów z bio-czerwonymi winogronami i bio-awokado oraz saszetkę Maski regenerującej z bio-winogronami i bio-jojoba
Szamponu i odżywki używam od ponad 3 tygodni i mam już pierwsze spostrzeżenia, myślę że za jakiś czas naskrobię recenzję.

O farbie Herbatint wspominałam już jakiś czas temu, to moje kolejne opakowanie, a na dniach pojawi się o niej osobna notka.


Z kolorówki skromnie.
 Moją kolekcję zasiliły dwie pomadki. Rimmel  Lasting Finish Matte Lipstick By Kate Moss w odcieniu 103 oraz Clarins Joli Rouge 712. Tą drugą podebrałam Mamie, która od swojej znajomej dostała 5 testerów w różnych odcieniach. 
Formuła bardzo przypadła mi go gustu, niestety kolor ma perłowe wykończenie i to jest jego największy minus.

Nie mogłam przejść obojętnie obok pięknych lakierowych złotek - Lovely Snow Dust znacie już pewnie na wylot, Rimmel Space Dust w odcieniu Aurora jest równie piękny i godny uwagi.

Na koniec miła przedświąteczna przesyłka od L`Occitane wraz z pięknymi życzeniami. Świeca Zimowy Las będzie uprzyjemniać mi chłodnie wieczory, a Czysty wyciąg z masła shea chronić moją skórę w ten zimowy czas. Pięknie dziękuję.

Kto dotrwał do końca, ten mistrz :D

Znacie któreś z moich nowości ? Coś szczególnie Was ciekawi ?
A jak tam Wasze grudniowe kosmetyczki, powiększyły się nieco ?

Wesołych Świąt!


Witajcie Kochani! 
W oderwaniu od ostatnich przygotowań, przychodzę na chwilkę żeby złożyć Wam życzenia.



Życzę Wam Świąt pełnych radości,
spędzonych w rodzinnej i ciepłej atmosferze,
bez niepokojów, stresów i zmartwień.


Niech będzie to dla Was czas odpoczynku i ładowania baterii!


Uściski,
Natalia

Kosmetyczne rozczarowania ostatnich miesięcy #1

Witajcie po krótkiej przerwie :) 

Od dłuższego czasu unikam przypadkowych zakupów, wszystkie kosmetyczne nabytki staram się dokładnie przemyśleć, a zanim padnie ostateczna decyzja, zapoznać się z opiniami w sieci. Takie podejście zdecydowanie minimalizuje ryzyko trafienia na totalny shit, jednak nie wyklucza niezadowolenia z działania produktu. 

Taka sytuacja ma miejsce właśnie z poniższymi gagatkami. Wszystkie mają przyzwoite opinie (niektóre wręcz świetne), spore grono wiernych fanów, a mnie zawiodły na całej linii.

Nie wiem jak to jest, ale często się zdarza, że to co pasuje większości, mi już niekoniecznie.


Żeby była jasność, nie mogę nazwać ich bublami, jednak moje oczekiwania znacznie przerosły rzeczywiste efekty - dotyczy to całej czwóreczki.


Equilibra - Szampon Aloesowy


Ileż ja się za nim nabiegałam, ile naszukałam, aż w końcu zdobyłam tę upragnioną buteleczkę wydając na nią niecałe 20 zł.
Po pierwszym użyciu zapowiadał się hit. Taki zielony, taki pachnący - ochy i achy ;)
Z perspektywy czasu nie wiem, czy faktycznie było ok, czy po prostu tak bardzo byłam tym szamponem podniecona, że nie widziałam negatywów.
Po kilku tygodniach musiałam przyznać sama przed sobą, że moje włosy nie lubią się z Aloesowym szamponem i już. Parę użyć pod rząd i robią się sztywne, szorstkie, kiepsko się układają, w dodatku skalp reaguje podrażnieniem. Pojawia się uporczywe swędzenie i suchy łupież. Generalnie nic fajnego i smuteczek.

Wiem, że szampon lubi wiele z Was, wiele ma w planach jego zakup. Niech ta opinia Was nie zniechęca, najlepiej próbować na własnej skórze. Moje włosy i skóra głowy są naprawdę mocno kapryśne, a żeby im dogodzić trzeba się sporo natrudzić.



Palmer`S - Balsam Ujędrniający z koenzymem Q10


Trafiłam na promocję w Super-Pharmie, dzięki temu kosztował mnie niecałe 20 zł, zamiast standardowych 30-35 zł. Całe szczęście! W życiu nie dałabym więcej za tak przeciętne smarowidło. 
Krótki rzut oka na skład i konsternacja. Na pierwszym miejscu owszem, wyciąg z kakaowca, niestety tuż za nim...parafina. Pomimo, że moja skóra za parafiną nie przepada, nie zniechęcałam się. W końcu tyle pozytywnych opinii nie bierze się z księżyca. 
Kilka tygodni użytkowania i coraz większe rozczarowanie. Niestety. Balsam ma bardzo treściwą konsystencję, która o dziwo, w ogóle nie radzi sobie z nawilżeniem mojej skóry. Smaruję wieczorem, a rano na nogach mam suche wióry. Smaruję rano, a kilka chwil później czuję nieprzyjemne ściągnięcie. W dodatku tuż po aplikacji balsamu, skóra wizualnie wydaje się nawilżona/natluszczona, a czuć jakby nadal była sucha. 
Ujędrniania nie zauważyłam, ale też szczególnie się go nie spodziewałam.
Z plusów - wygodna pompka i cudowny, ciepły kakaowy zapach.



Organic Therapy - Serum ściągające pory z olejem z Manuka


Opinii na jego temat jest niewiele, ale te które znalazłam zawsze były pozytywne, wielkiej ochoty narobiła mi zwłaszcza recenzja Siempre (klik). Oczywiście kupiłam rozochocona, a moja cera się na mnie wypięła. Kolejne pudło.
Do serum miałam kilka podejść, każde bardziej nieudane od poprzedniego. Próbowałam wiosną, latem, jesienią i za każdym razem to samo. Przede wszystkim duża lepkość skóry po aplikacji produktu. Taka mocno klejąca warstewka której nie lubię, w dodatku jakby odrobinę woskowa. Serum pozostawia uczucie jakbyśmy użyły czegoś z dużą zawartością silikonów, chociaż na próżno ich szukać w składzie. Mam wrażenie, że moja buzia dusi się pod tą powłoczką. Brrr... 
W moim przypadku nie było mowy o używaniu go na dzień, stosowałam więc tylko na noc. Nie zauważyłam zmniejszenia, czy oczyszczenia porów. Jeśli pojawił mi się jakiś wyprysk, serum nie przyspieszało jego gojenia. Nie robiło właściwie nic. 



Ziaja - Matujący krem do twarzy SPF 50+


Krem dedykowany jest do cery tłustej i mieszanej, ja jestem posiadaczką tej drugiej i po użyciu zalecanej porcji filtra świecę się jak latarnia. Krem całkiem szybko się wchłania, nie bieli, ale jest tłusty i pozostawia tą tłustą warstwę na skórze, wzmagając tym samym produkcję sebum. W efekcie co chwilę muszę się ratować pudrem matującym lub bibułkami. W dodatku kiepsko współpracuje z niektórymi podkładami, które zwyczajnie na nim się ważą (np. Bourjois 123 Perfect).
 Na dokładkę zapycha. Co chwilkę pojawiają mi się nie tyle wypryski, co takie podskórne małe grudki. Nie lubię!


Na ponowny zakup żadnego z powyższych produktów już z pewnością się nie skuszę. Trwam jednak dalej w poszukiwaniu pielęgnacyjnych ideałów ;)


Znacie któryś z tych produktów, może u Was się sprawdzają ?
Zapraszam do dzielenia się opinią :)

Cosmabell Foot Peel - Złuszczające skarpetki do stóp (z fotorelacją dla odważnych)

Oparte na kompleksach kwasów AHA+BHA skarpetki peelingujące zrobiły się ostatnio bardzo popularne. Z pewnością większość z Was już o nich słyszała, część miała okazję wypróbować, druga część ma w planach bliższych lub dalszych - generalnie zagadnienie zapewne jest Wam znane. 
Jeszcze niedawno dostępne były głównie na rynku azjatyckim, obecnie ich produkcją zajmuje się coraz więcej rodzimych firm.

Dzięki portalowi Uroda i Zdrowie miałam okazję przetestować skarpetki firmy Cosmabell. Moja ciekawość, rzecz jasna, była ogromna. 


UWAGA: W poniższej recenzji znajdują się zdjęcia łuszczących się stóp (niektóre dość hardcorowe). Jeśli jesteś wrażliwa/y na takie widoki, brzydzi Cię to, właśnie coś jesz etc. omiń proszę tę część ;)


                                                     Od producenta:                                                  

Aktywny kompleks kwasów AHA + BHA intensywnie złuszcza martwy naskórek, , dzięki czemu usuwa szorstką skórę piet, a także odciski i modzele. Stosujesz raz i przez kilka tygodni cieszysz się idealnie gładką skórą!

Foot Peel to preparat stworzony wyłącznie z naturalnych roślinnych składników! Oczyszcza Twoje stopy i jednocześnie je pielęgnuje. Kosmetyk dostosuje się do Ciebie – usunie tylko ten naskórek, który nie jest Ci potrzebny!

Twoje nowe gładkie stopy potrzebują pielęgnacji! Oprócz składników o działaniu złuszczającym Foot Peel zawiera koktajl naturalnych wyciągów roślinnych i substancji o intensywnym działaniu nawilżającym, takich jak kolagen, kwas hialuronowy i mocznik. Foot Peel to głębokie nawilżenie, odżywienie i regeneracja!

                                               Skład i zastosowanie:                                             




                                                        Moja opinia:                                                     

W kartonowym opakowaniu znajdziemy foliową, nieprzezroczystą torebeczkę, która kryje w sobie skarpetki.
Wszelkie potrzebne informacje zamieszczone są na pudełku, nie plączą się nam żadne ulotki.


Wnętrze saszetki kryje dwie foliowe skarpetki oraz przezroczyste tasiemki, które posłużą nam do dopasowania rozmiaru.


Ich założenie jest banalnie proste. Wystarczy odciąg górną część i voila - możemy nakładać na stopy.


Tasiemki okazują się bardzo przydatne, gdyż skarpetki są konkretnego rozmiaru. Ich wnętrze jest bardzo mocno nasączone, więc najlepiej posklejać je tak, żeby nic nam w ciągu tych 120 minut nie wyciekało.


Dla lepszego efektu na całość można założyć grube skarpetki. Podczas zabiegu możemy normalnie chodzić i wykonywać codzienne czynności - nie ma przeszkód. Komfort przemieszczania się jest raczej średni, stopy skrzypią i się ślizgają, a folia szeleści, także ja poświęciłam te dwie godzinki na lekturę książki.

Stosowanie peelingu jest zupełnie bezbolesne, nie ma co przerażać się kwasami. Nic nie piecze, nic nie szczypie, jedyne o czym należy pamiętać, to zadbanie brak ranek/większych otarć na powierzchni skóry.

Po nieco ponad 120 minutach skarpetki idą do kosza, nadmiar produktu spłukujemy, stopy osuszamy i...czekamy.

                                                              Efekty:                                                        

Dzień 1-3

Po pierwszym dniu, zgodnie z zaleceniem producenta, wymoczyłam stopy w ciepłej wodzie, mimo tego, przez kolejne dwa dni nie działo się zupełnie nic. Skóra była nieco napięta i sucha, ale nic poza tym.

Dzień 4

Na początku 4 dnia zaczęłam myśleć, że moja skóra jest wyjątkowo oporna bowiem nadal nie było żadnych oznak łuszczenia. 
Cały dzień w pracy zrobił swoje, po wieczornej kąpieli w końcu ruszyło.
Zaczęło się niewinnie, od delikatnie łuszczących się palców i wierzchu stóp. Spód nie tknięty.


Dzień 5

Piątego dnia łuszczenie objęło także spód stopy, zwłaszcza w okolicach palców. Na śródstopiu i pięcie skóra zaczęła się oddzielać od reszty.


Dzień 6-7

Ten dzień był przełomowy. Skóra schodzi na potęgę wielkimi płatami - taki stan jak na zdjęciach jest zasługą dość długiej kąpieli. Sterczącą skórę najlepiej obciąć, bo nie dość, że nie wygląda, to jeszcze jest niewygodna podczas chodzenia. 
Przez najbliższe dwa dni lepiej nie rozstawać się ze skarpetkami, nawet podczas snu, chyba że chcecie wszędzie zostawiać po sobie wylinkę ;)
Tak intensywne złuszczanie również jest bezbolesne, skóry nie powinno się odrywać od stóp, trzeba dać jej czas, tak by sama spokojnie odlazła.


Dzień 8-10

Łuszczenie spodu i wierzchu stóp już niemal się zakończyło. Peeling poradził sobie nawet z większymi stwardnieniami na piętach, tam schodząca skóra była wyjątkowo gruba . 
W końcowym efekcie skóra jest miękka, gładka, lekko zaróżowiona - widać to wyraźnie na zdjęciu spodu stopy. Została tam tylko jedna skórka, która zaraz zresztą odpadła.

Cały proces zakończył się 10 dnia, resztki skórek najlepiej zlikwidować delikatnym peelingiem. Poza tym warto regularnie nawilżać skórę, tak by efekty utrzymywały się jak najdłużej. 



Skarpetki zrobiły swoje, jestem pod dużym wrażeniem, nie pamiętam kiedy moje stopy były tak delikatne i gładkie. Jedynym minusem może być cena - 79 zł za opakowanie. Do kupienia tutaj. Pozostaje mieć nadzieję, że im bardziej takie zabiegi będą popularne, tym ceny staną się przystępniejsze.

Moja ocena nie może być inna niż 5/5

Żyjecie ? Już po wszystkim ;) 

Świąteczne inspiracje prezentowe - L`Occitane: La Collection de Grasse / Lawenda

Witajcie! Mikołaj już prawie za nami, pierwsze upominki w tym miesiącu rozdane, do Świąt pozostało nieco ponad dwa tygodnie, najwyższy więc czas pomyśleć o prezentach pod choinkę. 
Jeśli wciąż nie macie pomysłu, co kupić dla najbliższych, może zainspiruje Was dzisiejszy post :)

L`Occitane przygotowało w tym roku przepiękne propozycje prezentowe. Wśród nich znajdziecie gotowe zestawy, możecie też skomponować je sami - każde zamówienie zostanie zapakowane na prezent w pudełeczko. Zakres cenowy jest szeroki.

Ponieważ wybór jest naprawdę ogromny, przybliżę Wam troszkę dwie propozycje.


Obie powyższe paczuszki otrzymałam w ramach Akademii Zmysłów L`Occitane
Czerwona, poświęcona jest najnowszej linii La Collection de Grasse, niebieska zaś Lawendzie.


W pażdziernikowym pudełeczku znalazł się Żel pod prysznic i Mleczko do ciała Złoty Kwiat & Akacja.

To kompozycja zapachowa, która wchodzi w skład linii La Collection de Grasse. Jej twórczynią jest Karine Dubreil, która dla L`Occitane stworzyła już nie jeden aromat. Karine pochodzi z Prowansji, darzy ten rejon miłością i sentymentem, w dodatku ukończyła szkołę perfumiarzy Roure w Grasse, więc kto, jak nie ona, mógł być twórcą zapachu, który będzie w stanie rozkochać w sobie każdą kobietę ?

"Ta delikatna, zmysłowa kompozycja kwiatowa tworzy zapach pełen symboliki. Akord absolutów mimozy i akacji przywołuje moment kwitnienia pierwszych drzew oraz pomarańczową łunę grudniowych nocy. To czas, kiedy przyroda jeszcze nie zdążyła w pełni zapaść w zimowy sen. Bogactwo mimozy miesza się z nutami akacji, której zapach przypomina aromat białych kwiatów."

Dla mnie ten zapach jest absolutnie magiczny i w 100% zimowy. Ciepły, otulający, lekko słodki, ale nie ciężki. Idealny na zimowe dni. Wyczuwam w nim cytrynę, delikatną słodycz kwiatów i miód, choć go tam nie ma. Pewnie to sprawka akacji.

Oto, co w zapachu znajdziemy:

W nutach głowy: cytryna i bergamotka
W nutach serca: żarnowiec, mimoza i akacja
Nuty Bazowe: białe drewno i piżmo

Według mnie nie jest zapachem na co dzień, a na specjalne okazje - ma w sobie coś tak wyjątkowego, że chce się nim pachnieć w szczególnych dla nas chwilach. Ja jestem odurzona za każdym razem gdy zafunduję sobie kąpiel z żelem, a później nasmaruję się mleczkiem. Jednak mała uwaga: w nadmiarze może męczyć. Przynajmniej ja tak z nim mam - jestem zwolenniczką raczej delikatnych i świeżych aromatów. Ktoś lubiący nieco mocniejsze klimaty, powinien być zachwycony.


Mleczko do ciała i żel pod prysznic znajdują się w identycznych 175 ml buteleczkach, których jedynym słabszym punktem jest "aplikator". Otwieramy je poprzez wciśnięcie jednej części zakrętki w dół, wówczas druga część się podnosi i ujawnia nam mały dzióbek. 
O ile w przypadku żelu pod prysznic nie jest to kłopotliwe, o tyle w przypadku mleczka, staje się troszkę mało praktyczne, jednak to tak naprawdę kwestia upodobań.

Mleczko ma bardzo lekką konsystencję, pięknie się rozprowadza, szybko wchłania, pozostawiając skórę gładką i delikatnie nawilżoną.
Żel ładnie się pieni, dodatkowo ma w sobie tysiące złotych drobinek, które nie zostają na skórze, a spłukują się z ciała wraz z żelem. Troszkę szkoda, że nie zostawiają po sobie żadnego śladu.


Mleczko to koszt 79 zł, a żel 50 zł.

W skład tej linii wchodzi też: woda toaletowa, świetlisty olejek, krem do rąk, mydło i świeca zapachowa. Wszystkie produkty możecie zobaczyć tutaj.


Listopadowe pudełeczko poświęcone zostało Lawendzie.

Nawet nie wiecie jak ucieszyła mnie zawartość, mimo że akurat tego składnika w listopadzie się nie spodziewałam.
 Lawendę uwielbiam, mogłabym ją wąchać i wąchać. Dla mnie to zapach czystości i przytulnego domowego wnętrza - okazuje się, że moje skojarzenia są całkiem słuszne, gdyż nazwa Lawendy pochodzi z łacińskiego słowa lavare, czyli "myć".

Dodatkowo ten składnik wyjątkowo kojarzy mi się z marką. Gdy myślę o L`Occitane na myśl przychodzi mi Prowansja, a gdy myślę o Prowansji, widzę pola lawendy ciągnące się aż po horyzont.

W przesyłce znalazłam: Żel pod prysznic (500 ml), Oczyszczający żel do rąk (50ml), Lawendową saszetkę oraz urocze suszki.

Tak o lawendzie pisze L`Occitane:
"Cała siła tej rośliny skupia się wokół olejku w niej zawartego. Jest on jednym z niewielu olejków eterycznych, który można stosować bez rozcieńczania i używać bezpośrednio na skórę. Olejek lawendowy działa uspokajająco, wyciszająco i relaksująco, ułatwia też zasypianie. Ma szereg właściwości leczniczych: wspomaga leczenie przeziębienia, grypy, zapalenia zatok, a kąpiele lawendowe dają ulgę osobom cierpiącym na reumatyzm. Lawenda posiada również działanie oczyszczające, a silny i aromatyczny zapach tego olejku czyni go skutecznym środkiem dezynfekującym. 
Prowansalczycy umiłowali sobie lawendę do tego stopnia, że aż 80% światowego ekstraktu tego kwiatu pochodzi właśnie z tego regionu. L`Occitane wyjątkowo dba o własne uprawy lawendy. Producenci lawendy z Haute-Provence posiadają dla swoich wyrobów oznaczenie jakości A.O.C. 
L`Occitane kupuje prawie 20% całkowitej, zgodnej z A.O.C produkcji lawendy z Haute-Provance i stosuje wyłącznie eteryczny olejek z lawendy produkowany z tym właśnie oznaczeniem."


O wysokiej jakości produktu świadczy sam zapach, który jest bardzo naturalny i nie posiada w sobie specyficznego, chemicznego smrodku.
Czasem lawendowe produkty po prostu śmierdzą zapachem publicznych toalet;) A tutaj mamy samą naturę.

Mydło wylądowało u mnie w łazience dla gości. Dobrze się pieni, nie wysusza zanadto skóry dłoni, pozostawia na skórze subtelny aromat, w dodatku czuć go także w całej łazience (małe pomieszczenie).


Żel do dłoni i lawendową saszetkę przygarnęłam dla siebie. Woreczek od kilku dni zajmuje miejsce na półce w garderobie rozsiewając dość intensywny zapach - fani lawendy powinni być zadowoleni.

Żel natomiast wrzuciłam do torebki i korzystam z niego poza domem. Do tej pory używałam żelów antybakteryjnych Carex, ten z L`Occitane jest bardzo podobny w działaniu, pozwala szybko i skutecznie odświeżyć dłonie. Znów się do tego odwołam, ale to czym ten produkt wybija się na tle innych żeli antybakteryjnych, to oczywiście...zapach :D Nie czuć alkoholu ani żadnej medycznej woni, olejek lawendowy daje radę :))

Za mydło zapłacimy 65 zł, za żel 27 zł, a za saszetkę 28 zł. Resztę produktów z Lawendowej linii możecie obejrzeć tutaj.

Podsumowując uważam, że jeden i drugi zestaw może stanowić piękny prezent dla bliskiej osoby, oczywiście pod warunkiem, że znamy jej zapachowe preferencje.

Który zestaw podoba Wam się bardziej ?
A może planujecie obdarować kogoś bliskiego jednym z takich pudełeczek ?

Ulubieńcy #2 - Listopad 2013


Moi ulubieńcy w drugiej odsłonie. Zgodnie z zeszłomiesięczną zapowiedzią, pojawiają się tu także pozycje niekosmetyczne.

I może właśnie od tego zaczniemy :)

Pierwszą rzeczą, którą mam właściwie od kilku dni, a która już podbiła moje serce, jest słynny biedronkowy Przepiśnik. Cacuszko! 



Porządnie wykonany, z dużą ilością miejsca na własne przepisy i zapiski, posiada tematyczne zakładki oraz dwie kieszonki na luźne karteczki. Dodatkowo znajdziemy też podręczny przelicznik miar i wag oraz 16 przepisów pochodzących z Kulinarnego Bloga Roku 2011 (Just My Delicious by Paula).
Mam wersję z fartuchem na okładce, wnętrze utrzymane jest w pastelowej kolorystyce, a uroku dodają słodkie kropeczki i kratka. 


Książka Jodi Picoult "To, co zostało" była moją pierwszą z dorobku tej autorki. Do tej pory jej twórczość nie przekonywała mnie do siebie - już same tytuły wydawały mi się przepełnione ckliwością i nie do końca w moim guście. 
Z tą książką jest inaczej. Porusza trudny temat Holocaustu, kwestię odpowiedzialności, sumienia, winy i przebaczania. To lektura niezwykle poruszająca, pełna realizmu i wzbudzająca w czytelniku cały szereg emocji, od wzruszenia, przez niedowierzanie, po gniew i smutek. 
Polecam, gorąco polecam!

Dalej już tylko kosmetyki ;)


Pisałam Wam już, że uwielbiam wizażowe wymiany ? Właśnie za ich sprawką trafił do mnie Nawilżający Fizjologiczny żel myjący z Pharmaceris.

Początkowo wydał mi się dziwny, gdyż w ogóle się nie pieni. W praktyce okazał się rewelacyjnym i delikatnym produktem do codziennego oczyszczania cery. Nie podrażnia, nie wysusza, dobrze zmywa resztki makijażu.
Wkrótce poświęcę mu oddzielną recenzję i tam opowiem o nim troszkę więcej.


Ziołowy tonik do włosów przeciw wypadaniu z Receptur Babuszki Agafii towarzyszy mi od prawie dwóch miesięcy. To rewelacyjna wcierka. Niedroga, wydajna i przede wszystkim skuteczna. Znalazłam chyba następcę dawnego Jantaru. Dzięki niej udało mi się opanować wzmożoną utratę włosów, obecnie wypada mi ich połowa mniej, niż wcześniej. 
Jedyny minus, to średnio praktyczne opakowanie, przelałam więc zawartość do butelki z atomizerem i w ten sposób aplikacja stała się bezproblemowa.


O Pilarixie wspominałam już kilkakrotnie, niedawno po raz kolejny doceniłam jego dobroczynne właściwości. 
Nadeszły niskie temperatury, sezon grzewczy i moja skóra znów potrafi wysychać na wiór. Ten krem doskonale radzi sobie z takimi przypadłościami. Niesamowicie nawilża, odżywia i regeneruje. Nakładam go także miejscowo na twarz, dłonie oraz na noc na stopy - za każdym razem efekty spełniają moje oczekiwania w 100%. 


Kolejna rosyjska perełka pochodząca z Receptur Babuszki Agafii :)
Tonizujące serum do twarzy "Zatrzymanie młodości" trafiło do mnie także dzięki wymianie. Gdyby nie to, raczej nie skusiłabym się na ten produkt, ponieważ recenzje na jakie trafiałam do tej pory, były raczej przeciętne.
Okazało się, że moja cera niesamowicie się z tym serum polubiła. Stosuję je najczęściej na dzień, idealnie sprawdza się pod makijaż, delikatnie nawilża, wchłania się do całkowitego matu pozostawiając skórę miękką i delikatnie odświeżoną.


Ostatnim produktem, z którym bardzo się polubiłam, są Bibułki Matujące. Akurat te są z Essence, ale nie o markę tutaj chodzi, a o same bibułki. Nie wiem dlaczego nie odkryłam ich wcześniej, ale to genialny ułatwiacz życia przy cerze mieszanej. Idealnie sprawdzają się poza domem, kilka ruchów i strategiczne miejsca znów są ładnie zmatowione, a nadmiar sebum zebrany. Dla mnie rewelacja, od teraz będą stałym gościem w mojej torebce.


Znacie moich ulubieńców ?
Co Was urzekło w listopadzie ?

Drogi Święty...jeszcze ja!

Mikołaju,

Nie pisałam do Ciebie już tyle lat, a i tak zawsze o mnie pamiętałeś, dziękuję.
W tym roku postanowiłam ułatwić Ci zadanie i stworzyć listę moich chciejstw.

Zresztą Ty i tak znasz mnie na wylot ;)





1. Paletka Naked 3 - gdy tylko zobaczyłam jej zapowiedzi i pierwsze swatche, wiedziałam, że to w końcu wersja dla mnie. Kolorystyka idealnie trafia w mój gust. 
Wiem, że to prezent dość kosztowny, ale ja naprawdę byłam grzeczna :D

2. Piżamka - preferuję te z długim rękawem, jestem strasznym zmarzluchem. 

3. Misiowy termofor - troszkę dodatkowego ciepełka na długie zimowe wieczory.

4. Ciepłe papucie - pozycje 2+3+4 stanowić będą komplet idealny, nie sądzisz ?

5. bareMinerals paleta Shine On - jest taka piękna, spójrz tylko na to złote etui...

6. Etiu na Kindle`a - to jest tylko przykładowe, będę cieszyła się też z innej wersji.

7. Książki - 3 tom Czasu Honoru oraz Makijaż z KatOsu to moje zachciewajki, ale tak naprawdę zadowolę się każdą dobrą książką.

8. Kubek i pojemnik na słodkości z zimowym motywem - akurat te znajdziesz w Home&You.



Pozdrawiam i życzę dużo zdrowia dla reniferów.

P.S. Zaczynam już piec ciasteczka. Wiem, że lubisz ;) 


Listopadowe denka

Żegnamy Listopad, witamy Grudzień :)

Miniony miesiąc pod względem zużyć okazał się u mnie całkiem przyzwoity, choć bywało lepiej. Pocieszający jest fakt, że już praktycznie nic mi nie zalega, zużywam na bieżąco i tego będę się trzymać.


Zobaczmy co trafiło do koszyczka.


1. Ziaja - Szampon do włosów normalnych, Figowy

Jeden z moich ulubionych szamponów oczyszczających. Prosty skład, niska cena, duża 500 ml butla i świetna wydajność. Bardzo ładnie się pieni, delikatnie pachnie, w kryzysowych sytuacjach sprawdzi się nawet jako żel pod prysznic.
Dobrze oczyszcza włosy, nie plącze ich zanadto. Po wysuszeniu są ładnie odbite od nasady, sypkie i błyszczące. Inne wersje się u mnie kompletnie nie sprawdzały, ta znów genialnie.

Z pewnością kupię ponownie.

2. Garnier Ultra Doux Sekrety Prowansji - Odżywka do włosów Morela i Olejek Migdałowy

Kupiłam z ciekawości, niestety ta seria nie do końca podchodzi moim włosom. Co prawda sprawdziła się ciut lepiej niż wersja z Lawendą i Różą, ale nadal to nie było to. Delikatnie nawilża, nie obciąża, ma całkiem dobry skład, ale efekty nie dorównują tym, jakie daje moja ulubienica z Awokado i Karite.
Miała jeden wielki plus - cudowny morelowy zapach.

Nie kupię jej więcej.

3. Herbatint - Ziołowa farba do włosów

Moje poszukiwania dobrej i łagodnej farby chyba w końcu mogę uznać za zakończone sukcesem. Co prawda farba nie jest tak trwała, jak bym sobie tego życzyła, ale ma cały szereg dodatkowych plusów, które sprawiają, że na razie przy niej zostanę. Po farbowaniu kolor jest mega naturalny, włosy błyszczą, nie wypadają, nie są przesuszone. Ma odrobinę wysoką cenę - 40 zł, za to jedno opakowania spokojnie wystarcza na 2 użycia (przy moich krótkich włosach do szyi), więc wychodzi na to samo, co dwie podrzędnej jakości farby po 2 dyszki.

Kupię ponownie.


4. Dove - Antyperspirant wersja Pure

Nie polubiłam się z nim. Jest kompletnie bez zapachu, a ja jednak wolę gdy coś tam pachnie. Choćby bardzo delikatnie, ale jednak.

Nie kupię już tej wersji zapachowej.

5. L`Occitane - Krem do ciała z Masłem Shea "Subtelny Fiołek"

Wspominam go z łezką w oku, szkoda że musimy się już rozstać. Bardzo, bardzo, bardzo się z nim polubiłam. Zapewniał mojej skórze wszystko to, czego jej potrzeba, a przy tym umilał mi czas przyjemnym i długotrwałym zapachem.
Trafił do moich październikowych ulubieńców, tam znajdziecie o nim kilka słów więcej.

Gdyby był ciut tańszy, chętnie kupiłabym kolejne opakowanie.

6. L`Occitane - Krem do rąk z Masłem Shea

Słynny bestseller marki. 
Miałam okazję poznać go już wcześniej - zarówno wówczas, jak i teraz, mojego serca nie zdobył.
Nie wiem co jest nie tak, ale moja skóra się z nim nie lubi. Niby nawilża, niby zmiękcza, niby ma treściwą i porządną konsystencję, ale pozostawia na dłoniach taką tępą warstwę, której nie znoszę. W dodatku zapach też nie do końca mi pasuje.
Używałam go tylko na noc i w tak upłynął nam ten wspólny czas ;)

Nie skuszę się na niego.


7. Dermo Pharma - Maska 4 D Regeneracja i wygładzenie + Ampułka Active Collagen

Pisałam o nich kilka dni temu, więc zainteresowanych odsyłam do piątkowego posta.

Maskę na 100% kupię ponownie, nad Ampułką się jeszcze zastanowię.

8. Cosmabell - Skarpetki złuszczające

Nie będę teraz wiele o nich pisać, gdyż przygotowuje dla Was recenzję z obfitą fotorelacją. 
Nie wiem dlaczego widok obłażących stóp tak wiele z Was bulwersuje, a np. łuszcząca się skóra z innych części ciała już nie - nie wnikam, ale zamierzam TO pokazać :D 

9. Cleanic - Chusteczki odświeżające Clean&Chic

Chusteczki same w sobie były bardzo fajne i przydatne, jednak ich zapach... Mocny, duszący, lekko męski, no dramat. Nie wiem kto wpadł na tak wyrafinowaną kompozycję zapachową.

Nie kupię więcej.

10. Missha Signature Real Complete i Wrinkle Filler - próbki kremów BB

Nigdy specjalnie nie ciągnęło mnie do azjatyckich BB, ale chyba powinnam zainteresować się tematem. Obie próbki sprawdziły się u mnie nawet przyzwoicie, z lekką przewagą Wrinkle Filler. Oba w odcieniu 21, który wydaje się dla mnie idealny na obecną porę roku.
Real Complete nie do końca stapiał się moją skórą, był nieco za bardzo widoczny i szybciej się ścierał, a WF pięknie się dopasował, ładnie wyrównał koloryt i optycznie wygładził cerę, na dokładkę ma SPF 37, także muszę przemyśleć pełnowymiarowy zakup.


To by było na tyle, a jak tam Wasze listopadowe denkowanie ?

Zobacz także:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...